środa, 30 grudnia 2020

We belong to nobody

 Człowiek, którego nikt nie rozumie nie może być słaby. Musi radzić sobie ze wszystkim sam, bo nikt nie jest w stanie pojąć tego co się dzieję w jego głowie. Nikt nie pojmie co dzieje się w mojej i dlatego nikt nigdy nie będzie w stanie mi pomóc. Dlatego muszę być wystarczająco silna by pozostać przy życiu. Dzięki temu łatwiej jest mi później komuś pomóc, bo mimo moich problemów i załamać potrafię wstać i kogoś ponieść, bo zawsze noszę siebie w najgorszych chwilach. Dopiero co sobie zdałam z tego sprawę. Zawsze gdzieś tam liczę na pomoc z zewnątrz, ale nikt nie jest taki jak ja, każdy jest inny i reszta tych oklepanych tekstów. No ale to mój tekst, więc nie będę się usprawiedliwiać więcej za takie myślenie. Szkoda, że każdy inaczej odbiera choćby problemy. 

Nie zliczę ile razy w życiu byłam w sytuacji gdzie chciałam odebrać sobie życie, gdzie próbowałam to zrobić i w ile sposobów. Zawsze było mi blisko do takich rozwiązań. Czasami nie zadziałało, a czasami się podniosłam. Dosłownie i w przenośni. Zawsze najlepszym miejscem na rozpacz jest dywan czy podłoga, trochę jakbym podświadomie szukała tego dna, które istnieje w jej głowie i muszę je odzwierciedlić też w życiu. Kiedy jak dziś uświadamiam sobie, że z czymś nie potrafię się zmierzyć, że coś mnie przerasta, że to za dużo, nie mam nad czymś kontroli to popadam trochę w taką histerię bo nie widzę rozwiązania. Później jeszcze uświadamiam sobie, że jestem sama i nigdy nikt nie będzie tak jak tego w takich chwilach potrzebuje. Zdałam sobie sprawę dzisiaj z tego co mnie uciska od jakiegoś czasu i co być może mogło wpłynąć na to co sobie robię, dlaczego się karzę. 

Napisałam do bliskiej koleżanki, która wydaje mi się, że gdzieś sama przez to przeszła i powinna rozumieć, ku mojemu zdziwieniu nie odpisała, nie wiem jak to wyszło, czy się nie dogadałyśmy, napisałam zbyt mało coś sygnalizując czy ona to po prostu olała bo nie chciało jej się mnie słuchać, może i tak. To jakoś tak boli trochę. Znowu uczucie, że jestem sama i nigdy nie będę pasować do tego świata, nigdy. Później przyszło więcej czarnych myśli, zaczęłam obliczać śmiertelne dawki tabletek, które mam, etanolu, wyszło na to, że wszystkiego mam za mało i nie wystarczyłoby odpowiednio. Nie wiem też czy chciałabym by rodzice znaleźli mnie martwą na dywanie pod choinką, trochę taki słaby symbol świat. Sama płaczę jak to piszę, ale tak pomyślałam. Później myślałam by to wymieszać wszystko po prostu i zobaczyć co będzie. Słuchałam chyba "Wake me up", z wiadomych przyczyn, nigdzie nie czuję takiego zrozumienia w bólu jak w tej piosence. Tak niewiele mi brakuje by przejść tam, gdzie mnie nie powinno jeszcze być. Później natchnęłam się na piosenki, które słyszałam już jakiś czas temu przykładowo "Angel of the morning" i włączyło mi się "We Belong" Pat Benatar, słuchałam kilka razy, zaczęłam śpiewać, co zawsze gdzieś mnie uspokaja i przyszła mi myśl, że faktycznie nigdy nikt mnie nie zrozumie tak jakbym tego chciała, nigdy nikt nie pozna do końca, nie będzie wiedział czego potrzebuje, na co liczę, dlatego zawsze muszę być silna i zawsze musiałam. To trochę ciężkie. Pewnie każdy tak ma, ale mam wrażenie, że nie każdy człowiek jednak to tak czuję, jakby zdaje sobie z tego sprawę, nie każdy jest silny. Przygniataja mnie takie myśli, jedną ręką już sięgam by odebrać sobie życie i wszystko jest na nie, po czym gdzieś łapie się, że mimo, że stoję na krawędzi mostu, to jeszcze nie wpadam do głębokiej wody, ale chwieje i zbieram się, zawsze się zbieram. Zawsze sama i może tak powinno być. Może gubi mnie to szukanie w ludziach tego co mogę dać sobie sama. Czy to ten mój błąd? Czy jeśli zacznę z tego korzystać to będzie mi łatwiej? Tylko jedno mnie martwi w takim wypadku. W takiej sytuacji wiem, że będę mniej otwarta, bo będę dość samowystarczalna by nieść swój ciężar i nie będę chciała niepotrzebnie tego komuś pokazywać skoro nic to nie zmieni. Czy o tym mi mówiłeś? Czy dlatego wolisz Sam? Bo mówiłeś, że boisz się, że ktoś nie zrozumie. Chyba dopiero zaczynam to pojmować. I nie wiem co o tym myśleć, bo przecież oboje na swój sposób się staramy. 

Powoli zaczynają mi się pojawiać w głowie powody moich kar, chyba gdzieś od początku to widziałam, ale nie chciałam przed sobą tego przyznać, chyba nadal nie chce. Napiszę o tym jeszcze. Póki co to wydawało mi się ważniejsze. 

Ciężko mi teraz z moją głową, a jak jem jest jeszcze gorzej, bo nie dość, że tracę to co mnie trzyma przy życiu i ciężko mi to tak odzyskać to jeszcze wszystko i tak jest zjebane, więc ani porządnej diety, anie rozwiązania problemów czy poprawy komfortu życia. 

💗

środa, 23 grudnia 2020

jednego serca

 Leżę w łóżku z lampką wina, nawet niezłe, Sablettes 2013 rocznik, za słodkie jak dla mnie, ale jednocześnie delikatne i przyjemne. Oglądałam serial, nowy, na netflixie "Bałagan jaki zostawisz", dopiero początek, nie wpłynął jeszcze na moje myślenie. Skończyłam dziś sprzątać, ubrałam choinkę, podoba mi się, teraz patrzę na nią z przyjemnością. Jeszcze łyk wina. Podziwiam drzewko. Zgubiłam się. Nie wiem kim jestem i po co jestem. Mogłabym w tej chwili zniknąć nie zostawiając po sobie nic i tak naprawdę nic na dłużej by się nie zmieniło. Nawet jeśli inni się starają, to w końcu przestaną, ludzie zawsze przestają kiedy potrzebujesz ich najmocniej. Są tylko ludźmi, nie mają dość siły. 

Nie rozumiem siebie. Nie bardzo wiem czego chce. Przerażają mnie moje myśli. Przeraża mnie to: co i o kim myśle. Chciałabym wszystko zostawić, zapomnieć, nie znać smaku tego wszystkiego. Narkotyk, który tak uzależnia i sieje takie spustoszenie w głowie. 

Z dietą do tej pory było dobrze. To już ponad 2 miesiące. Schudłam 11kg, często nie jadłam lub jadłam tylko rano 1 kanapkę. Zdarzało się też zjeść więcej jak były imieniny czy nocny wyjazd do maca. Ostatnio ten mac zdarzał się zbyt często, później senes po kilka saszetek, ostatnio to już chyba 3/4 dni z rzędu, nawet jak nie jadłam, trochę się uzależniłam jakby. Chcę widzieć zmianę. Czułam się nawet lepiej już, naprawdę. Przyjechał brat, jedliśmy wszyscy sushi, powiedział, że jestem jak szafa trzydrzwiowa, nie wiem co myśleć i co robić. Ciężko mi też nie jeść teraz jak cały czas jestem w domu. Nienawidzę siebie za to wszystko. Chciałabym o tym z kimś pogadać, ale nie ma to sensu wiadomo. Nikt nie zrozumie, nikt nie musi wysłuchiwać. To wszystko jest straszne. Motam się. Skoro ostatnio jadłam to to nie jest problem, wystarczyłoby się tylko nie przeczyszczać. No ale nie potrafię odpuścić, nie mogę nawet, nie wyobrażam sobie tego. Chociaż kontroli i tak nie mam skoro zdarza mi się zjeść, potrzebuję odzyskać ją w pełni, na każdej płaszczyźnie. 

Ostatnio miałam sporą awanturę w domu, bo w sobotę spała u mnie koleżanka, no i w niedziele pretensje, że "leżę jak krowa i codziennie chodzę pijana", gdzie no faktycznie w tym miesiącu piłam 4 razy, ale bez przesady, codziennie jeździłam samochodem, także to wszystko oszczerstwa. 3-4 dni w tygodniu na uczelni, dojeżdżając samochodem, w jedną stronę godzinę, kilka godzin zajęć, kanapka na cały dzień do jedzenia lub nic, środki przeczyszczające dla zasady nawet jak nie jadłam, nauka do kolosów, szczególnie farma po nocach, ogromna ilość. Ograniczone prawa, bo nie można już wracać do domu o której się chce, bo przecież jadę w nocy samochodem. Pretensje i zazdrość o nową znajomość. Później nadzieja, że w święta wszystko się poukłada i nagle pijany wujek w domu, czyli bałagan wszędzie, do tego zimno w pokoju. To życie nie jest piękne, ani poukładane. Nie jest nawet moje, dlatego tym bardziej chciałabym je zostawić. 

Mam dość wszystkiego i kiedy mówię o tym komuś, kto miał być moim przyjacielem i mnie rozumieć, to słyszę tylko, że tak jakby czasem tak jest, zero pytań, zero rozmowy, tak jest. Przyjaciel to nie psycholog... wiem to, mi chyba potrzebna jest jakaś pomoc, która potrafiłaby to wszystko zrozumieć, nie mogę wymagać od ludzi by byli dla mnie i trzymali mnie cały czas za rękę, bo wtedy i z ich życia zrobię piekło, nie chce być dla nikogo toksyczna. Z drugiej strony nie mogę udawać, że ktoś jest mi bliski, gdy wiem, że coś trzymam tylko dla siebie celowo, a teraz nie chcę nic więcej mówić. Cofnęłam się z chwilą, gdy wystawiłam się i oberwałam. Nie chce dostać mocniej. Łatwiej byłoby mi czasem jednak samej, bo koniec końców i tak zostaje sama. Coś czuję, że i tu tak będzie. Dlatego tak ciężko mi wpuszczać kogoś do swojego życia, pokazywać jakiś środek, bo wiem, że nikt tego nie wytrzyma po prostu, to jest nienormalne, ja jestem nienormalna. Nie chcę się teraz odsuwać, ale nie chce też tak tkwić jakby wszystko było dobrze. Ech to umrze, w styczniu mam chyba zajęcia na uczelni dwa razy, jeśli nic nie dojdzie, także to umrze. Żal mi bardzo, boli to, ale to się stanie, jak nie teraz to w przyszłości, pewnie nawet niedalekiej. Może ja już nie umiem nawiązywać kontaktów z ludźmi, za wiele wymagam od nich. Za dużo oczekuję, zawodzę się, rozczarowuje, rzucam to, tracę, żałuję, umieram, nie wracam, nie ufam, koniec. 

Nie mam siły na to życie, a najbardziej nie mam siły na te całe święta i życzenia wszystkim w koło wszystkiego dobrego, gdy skręca mnie od środka. Nienawidzę tego śmiechu i uśmiechu przez łzy, gdy moja dusza chce sie zabić, a ciało tkwi w towarzystwie. 

Być może u Was jest lepiej, więc pożyczę Wam zdrowych iw Wesołych Świąt, ale proszę nie życzcie mi "Wesołych", bo wiem, że takie nie będą w środku. 

Żałuję, że byliśmy i będziemy tylko swoim wyobrażeniem o sobie, całkowicie oderwanym od rzeczywistości i reszty świata, który w końcu ściągnie Nas na ziemię. 

czwartek, 3 grudnia 2020

Jest fajnie

 Dzisiaj sobie odpuściłam i chyba mi nawet z tym ok, a przynajmniej dzisiaj jest ok. Zjadłam dziś jakieś 2 tys. kalorii jak wynika z moich bardziej przybliżonych wyliczeń. Właściwie to były nawet złe kalorię, no ale chociaż mi nie smakowały to nie wrócę po więcej. Chwilowo zakosztowałam szczęścia, nie chciałabym go z tym utożsamiać, ale miło było zrobić trochę miejsca w swojej głowie, bo już się tam dusiłam. Jutro znowu wezmę się za siebie, ale przynajmniej dziś odżyłam, a jutro zajmę się czymś innym, mam trochę rzeczy do zrobienia. Dzisiaj sprzątałam, jutro też będę, bo mamy imieniny. Właściwie to dzisiaj jest tak okej, e nawet nie przypominam siebie z poprzednich dni. Nabrałam trochę wiatru w swoje żagle. To dzisiaj tak na szybko, więc już będę kończyć. Dostałam też już prezent na mikołaja od chłopaka - air podsy pro, więc teraz zapewne się z nimi nie będę rozstawać, a bardzo mi się przydadzą, bo częśto korzystam ze słuchawek, już widzę tą wygodę przy ćwiczeniach i śpiewaniu 😂

Trzymajcie się dobrze kochane ;* 

wtorek, 1 grudnia 2020

Balon

 Ależ czuje się dzisiaj ochydnir gruba. Jestem jak balon, straszne. Zjadłam dziś za dużo, ale tez najgorsze w tym jest to, że tego nie planowałam i to trochę taki brak kontroli, mały, ale jednak. Dzisiaj 711kcal, do tego w bilansie bigos z kapusty kiszonej i mięsa, wiec mój brzuch jest jak balon. Straszne, nie wiem w co się jutro ubiorę. Oby golf mi wysechł. Po zajęciach idę na kawę. Nie mam weny dzisiaj do pisania, wiec tylko taka szybka aktualizacja. 

Bilanse: 

Piątek okoń na parze, ziemniaki, surówka z kiszonej kapusty 475kcal

Sobota 1 tost 214kcal

Niedziela: ziemniaki, bigos 374kcal 

Poniedziałek: chleb orkiszowy, masło, polędwica, pomidor 277kcal (o nie, mama mi zrobiła ta kanapkę, dopiero spr ile to miało kalorii), ziemniaki P, bigos 584kcal

Wtorek: 2x bigos, ziemniaki 711kcal 

Trzymajcie się 


💗

0

Witajcie,  Trochę mnie tu nie było. Chciałabym napisać, że tyle się u mnie zmieniło, ale jak się nad tym zastanowię to właściwie wszystko je...