środa, 30 grudnia 2020

We belong to nobody

 Człowiek, którego nikt nie rozumie nie może być słaby. Musi radzić sobie ze wszystkim sam, bo nikt nie jest w stanie pojąć tego co się dzieję w jego głowie. Nikt nie pojmie co dzieje się w mojej i dlatego nikt nigdy nie będzie w stanie mi pomóc. Dlatego muszę być wystarczająco silna by pozostać przy życiu. Dzięki temu łatwiej jest mi później komuś pomóc, bo mimo moich problemów i załamać potrafię wstać i kogoś ponieść, bo zawsze noszę siebie w najgorszych chwilach. Dopiero co sobie zdałam z tego sprawę. Zawsze gdzieś tam liczę na pomoc z zewnątrz, ale nikt nie jest taki jak ja, każdy jest inny i reszta tych oklepanych tekstów. No ale to mój tekst, więc nie będę się usprawiedliwiać więcej za takie myślenie. Szkoda, że każdy inaczej odbiera choćby problemy. 

Nie zliczę ile razy w życiu byłam w sytuacji gdzie chciałam odebrać sobie życie, gdzie próbowałam to zrobić i w ile sposobów. Zawsze było mi blisko do takich rozwiązań. Czasami nie zadziałało, a czasami się podniosłam. Dosłownie i w przenośni. Zawsze najlepszym miejscem na rozpacz jest dywan czy podłoga, trochę jakbym podświadomie szukała tego dna, które istnieje w jej głowie i muszę je odzwierciedlić też w życiu. Kiedy jak dziś uświadamiam sobie, że z czymś nie potrafię się zmierzyć, że coś mnie przerasta, że to za dużo, nie mam nad czymś kontroli to popadam trochę w taką histerię bo nie widzę rozwiązania. Później jeszcze uświadamiam sobie, że jestem sama i nigdy nikt nie będzie tak jak tego w takich chwilach potrzebuje. Zdałam sobie sprawę dzisiaj z tego co mnie uciska od jakiegoś czasu i co być może mogło wpłynąć na to co sobie robię, dlaczego się karzę. 

Napisałam do bliskiej koleżanki, która wydaje mi się, że gdzieś sama przez to przeszła i powinna rozumieć, ku mojemu zdziwieniu nie odpisała, nie wiem jak to wyszło, czy się nie dogadałyśmy, napisałam zbyt mało coś sygnalizując czy ona to po prostu olała bo nie chciało jej się mnie słuchać, może i tak. To jakoś tak boli trochę. Znowu uczucie, że jestem sama i nigdy nie będę pasować do tego świata, nigdy. Później przyszło więcej czarnych myśli, zaczęłam obliczać śmiertelne dawki tabletek, które mam, etanolu, wyszło na to, że wszystkiego mam za mało i nie wystarczyłoby odpowiednio. Nie wiem też czy chciałabym by rodzice znaleźli mnie martwą na dywanie pod choinką, trochę taki słaby symbol świat. Sama płaczę jak to piszę, ale tak pomyślałam. Później myślałam by to wymieszać wszystko po prostu i zobaczyć co będzie. Słuchałam chyba "Wake me up", z wiadomych przyczyn, nigdzie nie czuję takiego zrozumienia w bólu jak w tej piosence. Tak niewiele mi brakuje by przejść tam, gdzie mnie nie powinno jeszcze być. Później natchnęłam się na piosenki, które słyszałam już jakiś czas temu przykładowo "Angel of the morning" i włączyło mi się "We Belong" Pat Benatar, słuchałam kilka razy, zaczęłam śpiewać, co zawsze gdzieś mnie uspokaja i przyszła mi myśl, że faktycznie nigdy nikt mnie nie zrozumie tak jakbym tego chciała, nigdy nikt nie pozna do końca, nie będzie wiedział czego potrzebuje, na co liczę, dlatego zawsze muszę być silna i zawsze musiałam. To trochę ciężkie. Pewnie każdy tak ma, ale mam wrażenie, że nie każdy człowiek jednak to tak czuję, jakby zdaje sobie z tego sprawę, nie każdy jest silny. Przygniataja mnie takie myśli, jedną ręką już sięgam by odebrać sobie życie i wszystko jest na nie, po czym gdzieś łapie się, że mimo, że stoję na krawędzi mostu, to jeszcze nie wpadam do głębokiej wody, ale chwieje i zbieram się, zawsze się zbieram. Zawsze sama i może tak powinno być. Może gubi mnie to szukanie w ludziach tego co mogę dać sobie sama. Czy to ten mój błąd? Czy jeśli zacznę z tego korzystać to będzie mi łatwiej? Tylko jedno mnie martwi w takim wypadku. W takiej sytuacji wiem, że będę mniej otwarta, bo będę dość samowystarczalna by nieść swój ciężar i nie będę chciała niepotrzebnie tego komuś pokazywać skoro nic to nie zmieni. Czy o tym mi mówiłeś? Czy dlatego wolisz Sam? Bo mówiłeś, że boisz się, że ktoś nie zrozumie. Chyba dopiero zaczynam to pojmować. I nie wiem co o tym myśleć, bo przecież oboje na swój sposób się staramy. 

Powoli zaczynają mi się pojawiać w głowie powody moich kar, chyba gdzieś od początku to widziałam, ale nie chciałam przed sobą tego przyznać, chyba nadal nie chce. Napiszę o tym jeszcze. Póki co to wydawało mi się ważniejsze. 

Ciężko mi teraz z moją głową, a jak jem jest jeszcze gorzej, bo nie dość, że tracę to co mnie trzyma przy życiu i ciężko mi to tak odzyskać to jeszcze wszystko i tak jest zjebane, więc ani porządnej diety, anie rozwiązania problemów czy poprawy komfortu życia. 

💗

środa, 23 grudnia 2020

jednego serca

 Leżę w łóżku z lampką wina, nawet niezłe, Sablettes 2013 rocznik, za słodkie jak dla mnie, ale jednocześnie delikatne i przyjemne. Oglądałam serial, nowy, na netflixie "Bałagan jaki zostawisz", dopiero początek, nie wpłynął jeszcze na moje myślenie. Skończyłam dziś sprzątać, ubrałam choinkę, podoba mi się, teraz patrzę na nią z przyjemnością. Jeszcze łyk wina. Podziwiam drzewko. Zgubiłam się. Nie wiem kim jestem i po co jestem. Mogłabym w tej chwili zniknąć nie zostawiając po sobie nic i tak naprawdę nic na dłużej by się nie zmieniło. Nawet jeśli inni się starają, to w końcu przestaną, ludzie zawsze przestają kiedy potrzebujesz ich najmocniej. Są tylko ludźmi, nie mają dość siły. 

Nie rozumiem siebie. Nie bardzo wiem czego chce. Przerażają mnie moje myśli. Przeraża mnie to: co i o kim myśle. Chciałabym wszystko zostawić, zapomnieć, nie znać smaku tego wszystkiego. Narkotyk, który tak uzależnia i sieje takie spustoszenie w głowie. 

Z dietą do tej pory było dobrze. To już ponad 2 miesiące. Schudłam 11kg, często nie jadłam lub jadłam tylko rano 1 kanapkę. Zdarzało się też zjeść więcej jak były imieniny czy nocny wyjazd do maca. Ostatnio ten mac zdarzał się zbyt często, później senes po kilka saszetek, ostatnio to już chyba 3/4 dni z rzędu, nawet jak nie jadłam, trochę się uzależniłam jakby. Chcę widzieć zmianę. Czułam się nawet lepiej już, naprawdę. Przyjechał brat, jedliśmy wszyscy sushi, powiedział, że jestem jak szafa trzydrzwiowa, nie wiem co myśleć i co robić. Ciężko mi też nie jeść teraz jak cały czas jestem w domu. Nienawidzę siebie za to wszystko. Chciałabym o tym z kimś pogadać, ale nie ma to sensu wiadomo. Nikt nie zrozumie, nikt nie musi wysłuchiwać. To wszystko jest straszne. Motam się. Skoro ostatnio jadłam to to nie jest problem, wystarczyłoby się tylko nie przeczyszczać. No ale nie potrafię odpuścić, nie mogę nawet, nie wyobrażam sobie tego. Chociaż kontroli i tak nie mam skoro zdarza mi się zjeść, potrzebuję odzyskać ją w pełni, na każdej płaszczyźnie. 

Ostatnio miałam sporą awanturę w domu, bo w sobotę spała u mnie koleżanka, no i w niedziele pretensje, że "leżę jak krowa i codziennie chodzę pijana", gdzie no faktycznie w tym miesiącu piłam 4 razy, ale bez przesady, codziennie jeździłam samochodem, także to wszystko oszczerstwa. 3-4 dni w tygodniu na uczelni, dojeżdżając samochodem, w jedną stronę godzinę, kilka godzin zajęć, kanapka na cały dzień do jedzenia lub nic, środki przeczyszczające dla zasady nawet jak nie jadłam, nauka do kolosów, szczególnie farma po nocach, ogromna ilość. Ograniczone prawa, bo nie można już wracać do domu o której się chce, bo przecież jadę w nocy samochodem. Pretensje i zazdrość o nową znajomość. Później nadzieja, że w święta wszystko się poukłada i nagle pijany wujek w domu, czyli bałagan wszędzie, do tego zimno w pokoju. To życie nie jest piękne, ani poukładane. Nie jest nawet moje, dlatego tym bardziej chciałabym je zostawić. 

Mam dość wszystkiego i kiedy mówię o tym komuś, kto miał być moim przyjacielem i mnie rozumieć, to słyszę tylko, że tak jakby czasem tak jest, zero pytań, zero rozmowy, tak jest. Przyjaciel to nie psycholog... wiem to, mi chyba potrzebna jest jakaś pomoc, która potrafiłaby to wszystko zrozumieć, nie mogę wymagać od ludzi by byli dla mnie i trzymali mnie cały czas za rękę, bo wtedy i z ich życia zrobię piekło, nie chce być dla nikogo toksyczna. Z drugiej strony nie mogę udawać, że ktoś jest mi bliski, gdy wiem, że coś trzymam tylko dla siebie celowo, a teraz nie chcę nic więcej mówić. Cofnęłam się z chwilą, gdy wystawiłam się i oberwałam. Nie chce dostać mocniej. Łatwiej byłoby mi czasem jednak samej, bo koniec końców i tak zostaje sama. Coś czuję, że i tu tak będzie. Dlatego tak ciężko mi wpuszczać kogoś do swojego życia, pokazywać jakiś środek, bo wiem, że nikt tego nie wytrzyma po prostu, to jest nienormalne, ja jestem nienormalna. Nie chcę się teraz odsuwać, ale nie chce też tak tkwić jakby wszystko było dobrze. Ech to umrze, w styczniu mam chyba zajęcia na uczelni dwa razy, jeśli nic nie dojdzie, także to umrze. Żal mi bardzo, boli to, ale to się stanie, jak nie teraz to w przyszłości, pewnie nawet niedalekiej. Może ja już nie umiem nawiązywać kontaktów z ludźmi, za wiele wymagam od nich. Za dużo oczekuję, zawodzę się, rozczarowuje, rzucam to, tracę, żałuję, umieram, nie wracam, nie ufam, koniec. 

Nie mam siły na to życie, a najbardziej nie mam siły na te całe święta i życzenia wszystkim w koło wszystkiego dobrego, gdy skręca mnie od środka. Nienawidzę tego śmiechu i uśmiechu przez łzy, gdy moja dusza chce sie zabić, a ciało tkwi w towarzystwie. 

Być może u Was jest lepiej, więc pożyczę Wam zdrowych iw Wesołych Świąt, ale proszę nie życzcie mi "Wesołych", bo wiem, że takie nie będą w środku. 

Żałuję, że byliśmy i będziemy tylko swoim wyobrażeniem o sobie, całkowicie oderwanym od rzeczywistości i reszty świata, który w końcu ściągnie Nas na ziemię. 

czwartek, 3 grudnia 2020

Jest fajnie

 Dzisiaj sobie odpuściłam i chyba mi nawet z tym ok, a przynajmniej dzisiaj jest ok. Zjadłam dziś jakieś 2 tys. kalorii jak wynika z moich bardziej przybliżonych wyliczeń. Właściwie to były nawet złe kalorię, no ale chociaż mi nie smakowały to nie wrócę po więcej. Chwilowo zakosztowałam szczęścia, nie chciałabym go z tym utożsamiać, ale miło było zrobić trochę miejsca w swojej głowie, bo już się tam dusiłam. Jutro znowu wezmę się za siebie, ale przynajmniej dziś odżyłam, a jutro zajmę się czymś innym, mam trochę rzeczy do zrobienia. Dzisiaj sprzątałam, jutro też będę, bo mamy imieniny. Właściwie to dzisiaj jest tak okej, e nawet nie przypominam siebie z poprzednich dni. Nabrałam trochę wiatru w swoje żagle. To dzisiaj tak na szybko, więc już będę kończyć. Dostałam też już prezent na mikołaja od chłopaka - air podsy pro, więc teraz zapewne się z nimi nie będę rozstawać, a bardzo mi się przydadzą, bo częśto korzystam ze słuchawek, już widzę tą wygodę przy ćwiczeniach i śpiewaniu 😂

Trzymajcie się dobrze kochane ;* 

wtorek, 1 grudnia 2020

Balon

 Ależ czuje się dzisiaj ochydnir gruba. Jestem jak balon, straszne. Zjadłam dziś za dużo, ale tez najgorsze w tym jest to, że tego nie planowałam i to trochę taki brak kontroli, mały, ale jednak. Dzisiaj 711kcal, do tego w bilansie bigos z kapusty kiszonej i mięsa, wiec mój brzuch jest jak balon. Straszne, nie wiem w co się jutro ubiorę. Oby golf mi wysechł. Po zajęciach idę na kawę. Nie mam weny dzisiaj do pisania, wiec tylko taka szybka aktualizacja. 

Bilanse: 

Piątek okoń na parze, ziemniaki, surówka z kiszonej kapusty 475kcal

Sobota 1 tost 214kcal

Niedziela: ziemniaki, bigos 374kcal 

Poniedziałek: chleb orkiszowy, masło, polędwica, pomidor 277kcal (o nie, mama mi zrobiła ta kanapkę, dopiero spr ile to miało kalorii), ziemniaki P, bigos 584kcal

Wtorek: 2x bigos, ziemniaki 711kcal 

Trzymajcie się 


💗

czwartek, 26 listopada 2020

Ten głos

 Znowu się wygłupiłaś bo na coś liczyłaś. Znowu postąpiłaś zbyt pochopnie, kiedy Ty się nauczysz? Czy nie rozumiesz, że nikt nie chce by spłynęło na niego to co w Tobie najgorsze, oni mają własne problemy, własną wrażliwość, nie obarczaj ich swoimi, jesteś głupia. Nie dość, że gruba to i głupia. Ty nadal nic nie rozumiesz. Ile razy jeszcze będziesz wkładać rękę w ogień nim to pojmiesz. Widzisz? Kolejny raz, kolejna próba, zewsząd głucho. Po co ci to było? Dzień pasował do obrazka, uczelnia, śmiech, zabawa, nauka, wszystko grało, po co chciałaś to zepsuć? By się trochę poużalać nad sobą, by pokazać jaka jesteś słaba, by się poskarżyć? I na kogo? Na jedyne co Cię zna? Jestem tylko ja i nikt i nic więcej nie może Cię rozpraszać. Za mało się uczysz. Nie jesteś taka inteligentna, więc musisz więcej pracować, nie pamiętasz już, że nie dostałaś się na studia, na których Ci zależało? O wszystkim zapominasz. Tylko ja tu byłam, gdy wszyscy Cię zostawili, beze mnie nie dałabyś sobie rady. Przestań natychmiast. Zakończ ten temat, nic już nie mów. To nie wyjdzie Ci na dobre. Zostawię Cię i zostaniesz sama znowu. Chcesz być i gruba i samotna i na dodatek nie mieć kontroli, być beznadziejna? Nie chcesz tego. Za dużo jesz. Musisz to ograniczyć. Nadal chodzisz, nadal jesteś gruba, nadal prowadzisz samochód, masz za dużo energii, bo jesz za dużo. Więcej ćwicz. Bez ruchu będziesz ulana. Jesteś beznadziejna i słaba i tylko dzięki mnie możesz być silniejsza i lepsza. - powiedział głos w mojej głowie 

Czasem chce powiedzieć, uciec od tego, wygadać się, przestać, ale takie wyjście nie istnieje. 

Nobody Cares - jak to piszą. Jestem słabą wersją siebie. 

Dziękuję pięknie za te komentarze. Olu bardzo doceniam Twoje wsparcie, naprawdę. I oczywiście pisząc to ja myśle tylko o sobie i o tym co mam w swojej głowie, to nie tak że oceniam innych czy coś mi się u innych nie podoba. Nie wiem czy potrafię to wytłumaczyć, ale mam nadzieję, że mnie rozumiesz i Ty i koktajlowa.  Ja nienawidzę siebie, a nie pewnej cyfry czy nadwagi. Pewnie to się zmieni, ale chwilowo jest jak jest. 

Bilans: 

tost 214kcal

ryż biały gotowany 100g, groszek z marchewką 100g, fasolka szparagowa 79g, pomidorek koktajlowy 30g 207kcal

razem: 421kcal

Teraz idę ćwiczyć na orbitreku, trzymajcie się kochane. 


💗

środa, 25 listopada 2020

Panika Ucieczka Zniewolenie - Beznadziejna

 Wstawiam ten post na szybko bo chce poćwiczyć, a mam w głowie tyle myśli, że nie mogę ich tu nie zapisać. 

Ogólnie to cały dzisiejszy dzień jest dla mnie słaby pod tym względem, że bardzo się dzisiaj nie lubię. Od rana, może to dlatego, że wyszłam do ludzi. Kiedy jestem w domu to czuję się mniejsza, kiedy wychodzę mam wrażenie, że jestem ogromna, większa od wszystkich. Nachodzą mnie już złe myśli. Nie mogę ich dziś powstrzymać. Chciałabym czasem by ktoś to zrozumiał i mi pomógł, nie przytakiwał, nie olewał. Kiedy ktoś to upraszcza to ja robię to samo, bo przecież problemu nie ma, ja go tworzę i no pewnie zaraz znowu się poddam, bo jestem beznadziejna, więc czym się tu martwić. Do tego jestem taka okropnie gruba, że ja mogłabym myśleć, że coś mi dolega. To tylko moja głowa płata mi figle. Tworzy jakieś problemy, a to pewnie normalne lub przynajmniej nie niebezpieczne, że jestem sobie trochę na tej "diecie" znowu Naprawdę jestem beznadziejna i żałosna w chwilach kiedy mnie to martwi. Brzydzę się sobą kiedy patrze w lustro i wydaje mi się, że schudłam, że wyglądam lepiej, że czasem nawet dobrze, że wydaje mi się, że jestem ładna, czuję do siebie niechęć, jak ja mogę tak myśleć o sobie nawet przez chwile, skoro na to nie zasługuję. Ważę nadal potwornie dużo, nadal ociekam tłuszczem, nadal jestem ogromną mną. Nie mogę dopuszczać do siebie nawet takich myśli, że jest inaczej, jestem beznadziejna. 

Z drugiej strony dziwie się, że teraz tak myślę, bo jeszcze niedawno tak nie myślałam i nie spodziewałam się, ze mogłabym coś takiego o sobie powiedzieć. Chce mi się teraz płakać, ale nie wiem czy to z powodu tej zmiany, czy to dlatego, że jestem gruba i beznadziejna. Monstrum, jeju. W jednej chwili obelga w innej przerażenie, czyj głos ja mam w głowie? Naprawdę zaczynam się nienawidzić i miesza mi się wszystko. Zaczynam tworzyć problemy gdzie ich nie ma, dopisywać scenariusze. Czuję, że zaraz odsunę się od wszystkich i nikt nie będzie w stanie się utrzymać przy mnie, bo jestem nie do zniesienia. Jednak nic nie zmienię, bo to już nawet nie ja. Chciałam się resztkami trzymać tego co dobre, ale nie potrafię, coś tak mocno mnie pcha w to wszystko. 

Dzisiaj mieliśmy seminarium o anoreksji i bulimii. Z jednej strony nienawidzę słuchać o takich rzeczach, bo okropnie się z tym czuję. Nie uważam, mimo moich głodówek, wycieńczenia, utraty wagi, czy też nawet wyrzucania jedzenia w nocy do lasu bym mogła to nazwać chorobą jedną z tych dwóch, bo pewnie to wszystko sobie wymyślam. To jakieś zaburzenie odżywiania, złe nawyki połączone ze złym myśleniem. Jestem beznadziejna. Nie chce już pokazywać co czuję, bo mam wrażenie, że nikt nie chce tego wiedzieć. Ludzie wezmą mnie za wariatkę, za głupią, za desperatkę, zbyt emocjonalną, nadwrażliwą, wszystko co najgorsze. 

Chciałam mieć w Tobie takie wsparcie, ale wiem już, że to by było za dużo, to jest za dużo dla człowieka by mógł nieść z Tobą coś takiego i jeszcze wiedział co ma robić jeśli raz chcesz by Ci przytaknął, a raz potrzebujesz by się zaopiekował? Właśnie, usłyszałam dziś, że osoby chore potrzebują opieki stałej, są jak dzieci, co jest bardzo trudne i męczące dla innych, ja nie chce być dla nikogo ciężarem, chociaż lekko mi nie jest. Jem mało, ale spoko to nie problem, pewnie wystarczyłby jeden macdonald bym znowu jadła normalnie, śpię mało, ale spoko pewnie jakbym zaczęła jeść to byłoby normalnie, nienawidzę siebie i ciągle męczą mnie moje myśli, ale spoko pewnie jeśli zaczęłabym jeść to byłoby dobrze. Jestem beznadziejna, ale nie będę, przestane o tym mówić, zostawię to już teraz tylko dla siebie, ale będę w tym trwać, czasem zechce się ubrać lepiej, ale w domu muszę uważać, bo z pewnością moja mama widzi ile jem, dzisiaj powiedziałam jej, że zajechałam na drwala. Jestem zdeterminowana, ale to wszystko musi być sekretem znowu. Pamiętaj nikt Ci nie pomoże. Po prostu będę dobrze się uśmiechać i każdy pomyśli, że wszystko jest dobrze. 

Dzisiaj byłam na badaniach, miałam tą glukozę i glukozę po 2h, wynik wyszedł dobrze, ale ten roztwór obrzydliwy, słodki tak, że później drapało mnie gardło przez dłuższy czas. Było mi okropnie niedobrze, myślałam, że już naprawdę zwymiotuję, ale udało się przetrzymać, jedyne co to mnie przeczyściło, dość szybko po wpiciu tego. Mam nadzieję, że przez to wynik nie jest fałszywy. 75g glukozy, rozumiecie to, przecież to kurwa 300kcal. No ale co poradzić, zrobiłam, więcej dziękuję. Zjadłam jednego tosta dziś jeszcze bo miałam zabiegany dzień, badania, w trakcie zajęcia, fryzjer i jeszcze musiałam sama prowadzić, jak wracałam to nie chciało mi się nawet kierownicą skręcać, dobrze że ten samochód sam naprowadza na pasy, bo mimo, że jechałam świadomie, to niektóre odcinki pokonałam tak, że ich nie pamiętałam po chwili, ale to tak bywa. Dzisiaj też pierwszy raz zrobiło mi się czarni przed oczami, ciekawe że dopiero teraz, może wcześniej było za mało ruchu. Także dzisiaj bilans to 514kcal, niestety i to przez tą glukozę, przynajmniej jestem nadal silna, bo zjadłam tylko tyle ile trzeba było. 

Wcześniej chciałam by ktoś mi powiedział, że schudłam, zapytał co sie dzieję, teraz nie chce tego, bo to mogłoby zagrozić mojej diecie, także niech nikt nic nie mówi. 

Wstawiam Wam jeszcze zdj włosów z dziś przed i po. Podobają mi się, choć przy głowie mogłoby być więcej jasnego, no ale po chwili też znowu nienawidzę sie za to, że coś mi się we mnie spodobało i proszę niech nikt mi nie pisze, żebym wyluzowała, bo nie wyluzuję, bo przegrałabym wojnę. 







💗

-500kcal orbitrek

wtorek, 24 listopada 2020

W transie

Wszystko idzie zgodnie z moimi wymaganiami. Bilanse mi się podobają. 

Wtorek (17.11) 456 kcal tosty

Środa: 456 kcal tosty

Czwartek: 456 kcal tosty

Piątek: 456 kcal tosty

Sobota: 1237kcal mandarynka; łosoś na parze, ziemniaki, kiszona kapusta; wino czerwone, 2x drink z aperolem

Niedziela: 456 kcal tosty

Poniedziałek: 349kcal łosoś na parze(74g), groszek z marchewką(110g), sezam, ryż biały (100g), fasola szparagowa (55g) POLECAM BARDZO

Wtorek: 375kcal 40g chleba żytniego z ziaren, masło 4g, szynka 32g, ogórek zielony 56g, tost 

Jedyne co mogę sobie zarzucić to ten alkohol w sobotę. Moja bliska koleżanka miała urodziny. Długo zastanawiałam się czy pić i chyba jednak dobrze zrobiłam mimo wszystko. Drama zaczęła się już na samym początku. Koleżanka-A. zapytała co kupujemy na prezent, no i mówię, że składaliśmy się na bon do zary, ona byłą zdziwiona, wkurzyła się. Składkę organizował ten mój były przyjaciel, ja dowiedziałam się od przyjaciółki, która po prostu sama go zapytała czy się nie składają. Nie dziwie się trochę A., że się wkurzyła bo mają dość dobre relacje, a przynajmniej tak się wydawało, no a tu o niej zapomnieli. No i mimo mojej namowy, próśb nie przyszła. Rozumiem ją, ale i tak uważam, że źle zrobiła, bo jednak to urodziny, nie wypada tak olać kogoś, bo ktoś inny Cię wkurzył. Pomijając to posiadówka była fajna, graliśmy w śmieszną grę, mówią na to "ziemniak" jeśli znacie. W trakcie miałam małe załamanie. Ciężko tak patrzeć na kogoś, kto był Ci tak bliski, z kim dzieliło się tyle sekretów, przeżyć, a teraz nawet sie nie odzywacie. Ciężko mi też patrzeć na to jak się zmienił i w tym to mu trochę współczuję, bo mam wrażenie, że wiele stracił. 

Trudno mi teraz zebrać to co czułam w tamtym momencie. To tak narastało jakiś czas jak tam siedzieliśmy i w pewnej chwili zaczęło przypominać coś jak mini atak paniki. Poszłam sobie na chwile do kuchni pomyśleć, popłakać, pooddychać świeżym powietrzem. Naprawdę nie mogłam i nie mogę zaakceptować tego, że można od tak kogoś zostawić. Te wszystkie wspólne chwile i rozmowy, nie rozumiem. W tamtej chwili poczułam, że mam ochotę zniknąć już i chce kontynuować swoja dietę by mi w tym pomogła. Zniknąć na zawsze i już nie czuć nic. Myśle nad tym teraz. Dziwnie tak o tym napisać. Zastanawiam się co czuję i nie wiem. Trochę taka pustka w środku. Jak się nad tym zastanawiam to szkoda mi tylko ludzi, których kocham i chce dla nich dobrze, nie potrafię czasem patrzeć na kogoś i nie myśleć o tym jak by się czuł jeśli tym razem by mi się udało i nie byłoby mnie by tej osobie pomóc, na dodatek cierpieliby przeze mnie. Tak sobie tylko myślę, pewnie nie dojdzie do tego, bo zawsze mam te swoje granice. Trochę przykre to wszystko, trochę nie. 

Co do jedzenia to coś dziwnie mi się obniżył nagle bilans. To nie było zamierzone. Wczoraj nie było papryki, więc nie zrobiłam śniadania i czekałam na obiad, dzisiaj miałam ochotę na kanapkę zamiast drugiego tosta. Nie wiem czy przy tym zostanę, chociaż wiecie jak to jest, zejdziesz niżej i nie chcesz się wracać. Nie chce też by mnie to zgubiło. W czwartek też jadę na uczelnię na zajęcia od 12 do 16, dojazd godzinę, nie wiem jeszcze jak rozplanuje jedzenie, bo chce byś przytomna jadąc tam i wracając, by nie stało się nic złego  tego powodu. Nie umrę gruba... Później od poniedziałku też mamy już zajęcia. Póki co będę dojeżdżać. Mam już zaproszenia na kawę, na posiedzonki, na spanie nawet do jednej koleżanki. Trochę się cieszę na ten powrót, ciekawa jestem jak to będzie z moim nowym bliskim kolegą/przyjacielem (sama nie wiem jak mam go nazywać, bo jest mi już jak przyjaciel, ale tak ciężko zastosować to słowo). Wczoraj nawet o tym rozmawialiśmy, że pewnie niektórzy się zdziwią, krzywo spojrzą, no ale liczę że wyjdzie jakoś naturalnie, no iże jednak będziemy spędzać czas razem, bo naprawdę dużo gadamy na kamerkach, piszemy. Bardzo mnie też wsparł w sobotę i wydaje mi się, ze to ten moment miał dla mnie duże znaczenie w całej naszej dość krótkiej znajomości. Zazwyczaj to ja proponowałam spotkania, wychodziłam z rozmową, co on tłumaczył tym, że to dla niego nowość, bo zawsze wszystko trzymał dla siebie, rzadko kiedy tak pisał z kimś i jakby nie ma tego mechanizmu, tego czegoś by zrobić krok. Rozumiem to bo jest też introwertykiem, nie ekstrawertykiem jak ja, gdzie ja zawsze potrzebuje kontaktu z ludźmi. No ale w sobotę bardzo mnie zaskoczył, bo cały czas trzymał rękę na pulsie, pisał, pytał, odpisywał, wspierał. Czuję, że wtedy ja się gdzieś jeszcze bardziej przełamałam i mimo, ze miałam do niego zaufanie i już wcześniej powiedziałam mu sporo o sobie, to wtedy nabrałam takiej pewności, że mu zależy, że może nie zniknie, że się interesuje, że to nie jest w żaden sposób naciągane i na siłę. Widzę też, że i on zaczął się otwierać, co wcześniej było dla niego ciężkie i bardzo cieszy mnie ta zmiana. Jest jedną z tych osób, której nie chciałabym zostawić. 

Wracając do diety, to jeśli dobrze pamiętam wagę, kiedy zaczynałam to mam już mniej o 6,9kg. Piękny widok. Teraz leci chyba 6 tydzień, jeśli się nie mylę. Tylko, że miałam 1 tydzień przerwy. Dzisiaj mama powiedziała, że ja chyba schudłam, tylko że słowo "chyba" mnie tu martwi. Słabo, że nie widać jeszcze aż tak. Będzie coraz lepiej, wytrwam. 

Dzisiaj robiłam cały dzień pierniczki, zawiozę trochę na uczelnię w czwartek. Jutro jadę na refleksy do fryzjerki, bo nagle zwolniło się miejsce. Grzywka mi się podoba, chociaż ciężko było sie przyzwyczaić. 

Zrobię jeszcze podsumowanie tygodnia i to by chyba było na tyle. Chciałam napisać jak najwięcej, ale czasem już brakuje mi siły by skupić się i coś trafnie ująć. 

Podsumowanie 16.11-22.11 (poniedziałek-niedziela) 

4131kcal na 7 dni = 590kcal/ dzień sporo wychodzi, ale to tylko dlatego, że alkohol w sobotę znacznie podniósł bilans

Jutro idę też na badania glukoza i obciążenie glukozą, to trochę sobie posiedzę. Oprócz tego analiza moczu i posiew, bo coś za często czuje pieczenie.

Dziękuję Wam bardzo za Wasze komentarze, trzymajcie się <3





Chcę obejrzeć "feed" mam nadzieję, że mam go gdzieś na pendrive jeszcze 

💗

poniedziałek, 16 listopada 2020

Jest dobrze i bez alkoholu w końcu

 Ostatnio dobrze mi idzie, to był czysty tydzień. Pod względem kalorii i alkoholu. 

Ostatnio pisałam w poniedziałek, gdzie byłam załamana i czułam się jak to opisałam, nadal nie raz czuję ogromną niechęć do siebie, np. kiedy zrobie sobie zdjęcie swojego ciała i spojrzę jak wyglądam, wtedy idzie się załamać. Pojawia się to też kiedy przyrównuje się do innych, a ostatnio często mi się to zdarza, wcześniej tak nie miałam. Nie chodzi tylko o sylwetkę, ale i o urodę, patrzę się na swoje zdjęcia i widzę różne wady, których wcześniej nie widziałam. Czasem się sobie podobam, czasem się nienawidzę. 

To tak jak z tym, że czasem chce żyć, a czasem umrzeć. Wczoraj miałam jakiś taki swego rodzaju napad. Zazwyczaj biorę to co daję mi życie i tak leci, a ja się dopasowuję. Do studiów, do chłopaka, do rodziców i tak po trochę każdy ma kawałek mojego życia. To też nie tak, że jestem podatna i nie mam własnego ja, bo zazwyczaj mam dużo do powiedzenia i na codzień nie daję sobą aż tak zawładnąć, lubię przejmować kontrolę, nawet muszę ją mieć, wolę rządzić, ustalać zasady, ale kiedy spojrzę na swoje życie to i tak mam wrażenie, że ono nie jest moje. Czasem odnoszę wrażenie, że każdemu jestem coś winna, czuję się zobowiązana wobec tych ludzi, przez co nie czuję się wolna. Nie czuję bym w każdej chwili mogła coś zmienić dla siebie. Jestem takim trochę więźniem w pozornie moim, idealnym życiu. Powinnam doceniać co mam, a ja się tym jakby duszę. Za bardzo to zaplanowane. Mam wrażenie, że mam bardziej romantyczną? odważną? ciekawską? artystyczną? duszę, jestem nieco lekkoduchem?, chciałabym żyć chwilą, móc działać. Potrzebuję ciągłych bodźców w życiu i adrenaliny, potrzebuje też czuć się potrzebna, a tego wszystkiego jednak mi brakuje, no i żyje jakby na dokładkę do życia innych ludzi, przez co pewnie jestem skłonna do poświęceń dla nich i naginania siebie pod nich. Analizując samą siebie dochodzę do wniosku, że potrzebuję nowego startu. Dlaczego? Bo jestem zbyt splątana tym co mam, zbyt zobowiązana, czuję się w tym nieświeżo. Studia - coś mnie tam interesuje, ta chemia, poza tym nie widzę się w tym wszystkim, za mało tu kreatywności, tak mi się wydaję, chciałabym się od tego uwolnić, ale nie mogę, bo trzeba coś skończyć, trzeba być realistą. Nie mogę się też uczyć sama dla siebie, bo sytuacja jest zbyt chora bym zawsze potrafiła tak myśleć, chociaż i tak często faktycznie uczę się dla siebie. Rodzina - fikcyjna, szopka, pozory, brak okazywania uczuć, czasem lekka nienawiść. Nie mogę się sprzeciwić, bo tak mnie sobie wychowali, na przykładną córkę, która i tak zawsze będzie za gruba, za naiwna, za głupia, za leniwa. Mogę sobie pokrzyczeć, pokłócić się, ale wiadomo, że to i tak będzie moja wina. Nawet mój brat mi ostatnio napisał, że nie jest mną i nie będzie im tak przytakiwał tylko najwyżej się wyniesie to może wtedy coś zrozumieją. Trochę dało mi to znowu do myślenia. Chłopak - nie czuję tu luzu, już od dawna mam wrażenie, że tak po prostu musi zostać, bo jestem jakby coś winna i nie mogę nic zmienić, nawet nie chodzi o to, że chce coś zmieniać, tylko o to, że nie czuję tej swobody, przez co nie do końca znam swoje uczucia, może gdybym czuła się swobodniej to moje uczucia też płynęłyby z wewnątrz, nie z obowiązku. To nie tak, że ja się tu teraz użalam nad sobą, ja tylko zapisuje swoje myśli. Mam myślę dość poukładane w głowie, mimo tego, że czasem jestem impulsywna i kieruje się emocjami. Tylko z niektórymi rzeczami nie mogę się pogodzić całe życie, bo to wraca raz na jakiś czas po czym ustaje i tkwię nieświadomie w tej codzienności. Musiałam to zapisać. 

Poza tym na studiach dziwna sprawa, przykładowe cytaty: "sytuacja jest relatywnie stabilna, więc będziemy wracać" - rozumiecie to, stabilna xd, co tam, że na karetkę niektórzy czekają 4h, sytuacja jest stabilna, "wirtualnie będziemy w żółtej strefie, mimo, że jesteśmy w czerwonej i będziemy chodzić stacjonarnie na zajęcia" - no to już jest inny stan świadomości, nie wiem jakie czakry trzeba odblokować by tak myśleć. No ale chwilowo mi to jakoś obojętne, stresowałam się chwile, ale już mam dość tego cyrku. Ostatnio prawie codziennie dzwoni do mnie Pani doktor z syntezy leków i opowiada o tej całej sytuacji na bieżąco przy okazji hejtując tą ich niezaradność, jak patrzę na ten cyrk to nawet nie potrafię brać tego na poważnie. To akurat dobrze, bo inaczej bym umierała, na studia mam 50km, niedawno zrezygnowałam z mieszkania za namową taty m.in, teraz będę musiała dojeżdżać bo na razie nie chce niczego szukać, także nie wyobrażam sobie zajęć na rano, oby przynajmniej było ich niewiele. Choć i tak średnio wierze w ten powrót. Co będzie już. Fajnie też będzie spotkać się z ludźmi, szczególnie z kimś z kim ostatnio piszę codziennie, z kim bardzo się zbliżyłam i na kim, aż za bardzo mi zależy i oby to mnie nie wyprowadziło gdzieś, gdzie będzie bardzo źle. Pamiętacie ostatnią taką moją historię może, to wiecie czego też m.in. się boję. 

Zaczęłam też znowu jogę. Ostatnio codziennie brałam tabletki p/bólowe, najpierw na głowę (chyba z głodu nie bolała), później na brzuch. Zrobiłam jednej nocy 500 brzuszków o tak o bo miałam ochotę i cel, mimo że to głupie i dwa dni później dostałam okresu, do tego jeszcze zakwasy i to tak mi dało w kość, że tragedia. Zapomniałabym w sobotę byłam biegać po 14 naczczo, pierwszego dnia okresu, to już w ogóle było durne. Ciężko mi się w ogóle nogami i rękami ruszało, a co dopiero biegło. Jeszcze gdybym wcześniej jadła normalnie, a tylko w sobotę bez jedzenia to okej, ale ten tydzień był naprawdę dobry pod względem diety i po powrocie czułam się jak zwłoki, wykończona. W sumie teraz też już to odczuwam, średnio się też wyspałam, więc to też ma wpływ. Idę spać głodna, więc jestem zadowolona. 

Podsumowując ćwiczenia to: 

środa 500 brzuszków 

sobota: bieganie (bardzo słabo mi poszło, no ale chociaż się ruszyłam) 2.87km 22:40 238kcal, sprzątanie 

niedziela: joga menstruacyjna, joga yin na górne partię = 45min 

poniedziałek: joga lekcja 1 z Gosią, rozciąganie do szpagatu poziom II = 1h, sprzątanie 

Oprócz tego to jeszcze codziennie sporo skakałam, tańczyłam, śpiewałam, ogólnie takie sobie robiłam rozluźniające koncerty. 

Plan na jutro: orbitrek, spisać info o destylacji prostej, zrobić brwi 

Z rzeczy przyjemnych to umówiłam się na sobotę na 10 na grzywkę, taką na boki, nie na prosto, mam nadzieję, że nie będę tego żałowała, oby było fajnie, bo chce trochę zmiany. 

No i zapomniałabym, jakiś czas temu pisałam o tej przyjaciółce, z którą straciłam kontakt, odezwała się jakby, to znaczy wyszło przypadkiem na instagramie, ale wykazała że chce i jakoś tak zobaczymy do czego to zmierza, boję się ale nie potrafię odmawiać tym, którzy kiedykolwiek byli mi tak bliscy. 

Nie wiem czy pamiętam co jadłam dobrze w ten tydzień, ale postaram się zebrać to z aplikacji i przypomnieć sobie jeśli czegoś nie zapisałam. 

Wtorek: zapiekanki ? 456kcal czy coś jeszcze nie pamiętam, możliwe, że nic więcej bo wtedy na pewno nie jadłam śniadania, długo pisałam notatki i zjadłam dopiero taką obiadokolację, jeszcze pamiętam jak moja mama coś tak mówiła do wujka, że ze mną to ona tak ma, że nawet obiadów nie gotuję, bo ja ciągle nie chcę 

Środa: ryż gotowany 145g,filet 124g, groszek zielony 70g,marchew 90g - 387kcal; tosty 456kcal =843kcal (dużo) 

Czwartek: ryż gotowany 114g,filet 39g, groszek zielony z marchewką  280g - 324kcal, jabłko 85kcal (bo ból głowy się nasilił) 409kcal 

Piątek: zupa kapuściana 320g 114kcal, tosty 456kcal ? (nie pamietam czy je jadłam, bo koajrzy mi się, że jadłam tylko zupę, ale to jakoś mało) = 570kcal 

Sobota: rodzinny obiad : schabowy, ziemniaki 130g, kiszona kapusta 583kcal 

Niedziela: żurek z kiełbasą + jajko 166kcal, udko, ziemniaki, surówka z kiszonej kapusty 480kcal = 646kcal (wiem, że to wygląda na więcej, ale to były małe porcję, żurku to było tak niewiele, że mama się śmiała jak dużo sobie nalałam 

Poniedziałek: kromka żytniego chleba, masło, szynka, pomidor, ogórek 155kcal, tosty 456kcal = 611kcal 

Łącznie mamy tu 7 dni, gdzie zjadłam: 4118kcal/7 dni średnio 588kcal/1 dzień - czyli wystarczająco dużo

W sumie wynik mi się tak no dość podoba, jak na początek jest okej. Wiadomo zawsze chce sie by był lepszy. No ale trochę też spaliłam, także jest okej. W sumie 2tys to jest tak prawie dla człowieka na dzień, to u mnie może być. ( I proszę mi nie pisać, że to za mało, bo tylko to mnie teraz trzyma przy życiu.) 

Nie pamiętam czy jeszcze coś chciałam napisać, bo zmęczenie daje mi się we znaki, postaram się odzywać częściej, no iw spierać też Was, chociaż ostatnio jakoś dobrze mi idzie jak mnie tu nie ma i o tym nie myślę, wicie pewnie o co chodzi. Jeśli ktoś by potrzebował pogadać to zawsze możecie pisać na: klllaudiaa@icloud.com. 

Trzymajcie się kochane ;* 




💗

poniedziałek, 9 listopada 2020

Nienawidzę siebie

Czuję do siebie taką niechęć... 

Cały zeszły tydzień był słaby. Wszystko za sprawą alkoholu, który jednak znacznie pobudził mój apetyt, dlatego nie będę pić, jakoś to przeżyje. Dzisiaj miało być dobrze. Bilans był w miarę jak na kolejny początek 822,92 kcal. Wszystko wyliczone dokładnie. W bilansie proste składniki, kromka ciemnego chleba, jogurt, migdały, "sałatka" z makaronem, która była domu. No ale potoczyło się inaczej. Miałam uczyć się z kolegą z grupy na jutrzejsze zaliczenie z bromatologii, ale w trakcie doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie oddzielnie. Już podczas tej rozmowy czułam się bardzo głodna i tak słabo o dziwo, mimo tylu kalorii, ale pewnie dlatego, że pierwszy dzień. Jak posypał się pomysł ze wspólną nauką to w końcu się poddałam i zjadłam tosty x 2. No i wyszło jakieś 1600-1700 kcal. Niby jakiś tam deficyt jest, tylko co to za deficyt po słabym tygodniu. Niektórzy powiedzą, że dobry, bo powolne wejście itd., ale wiecie przecież o co tu chodzi, o kontrolę, o zawalenie sprawy. Bo przecież mogłam się postarać, ech... 

Wstydzę się siebie, brzydzę się swoim lenistwem, porażkami, sobą. 

Nie potrafię się skupić na sobie. Raz jestem nadmiernie wesołą i pobudzona, po czym po chwili przygnębiona i nic mi się nie chce. 

Czy powinnam sobie teraz obiecać, że zajmę się sobą, skupię na tym co ważne, na swoim celu i będę do niego prosto szła, zostawiając za sobą wszelkie przyjemności? Czy to jedzenie, alkohol, wyjścia, czy znajomych? Nie wiem czy wszystko to potrafię odłożyć, ale coraz bardziej wydaje mi się, że to to właśnie ogranicza mnie przed podjęciem się diety w 100%. Trochę jestem uwięziona, sama tego chce, miłe to jest i fajne, ale bez tego bólu z wewnątrz nie ogarnę się. 

Muszę się skupić na nauce, notatkach, zdawaniu, diecie, ćwiczeniach. Nie na pogaduszkach, pisaniu po nocy, czekaniu na wiadomości i uzależnianiu od tego swojego życia. Przykre to i bolesne, ale na tą chwile inaczej nie ruszę. Ja bardo nie chce, ale chociaż spróbuję. Przestawię się na nowo. Zresztą, może to tylko ja nalegam, zaczynam rozmowę, zobaczymy. 

W tej chwili nienawidzę siebie i nie mogę znieść tego, że ja to ja. 

Dodatkowo znudziła mi się moja twarz, nie mogę się na siebie patrzeć, wczoraj mnie to mocno przygnębiło, dzisiaj w dzień było nawet ok, no ale wróciło. Nie wiem, nie rozumiem siebie i mam się dość. Nie da się ze mną wytrzymać. 

Zabierzcie mnie ode mnie, ja chce wrócić do tej głodnej, chudszej mnie sprzed kilku miesięcy. Nienawidzę siebie. Nienawidzę. Nie pocieszajcie, nie zasłużyłam. Chyba jak nigdy tak teraz nie potrzebuje pocieszenia, ani dobrego słowa, bo wiem że zjebałam i jestem beznadziejna. 

Zmienię to. 



💗

poniedziałek, 2 listopada 2020

Nowe kłamstwa

Bilans:

Niedziela:

mielony, ziemniaki, buraczki, kiszona kapusta 652kcal

tost 202 kcal

razem: 854kcal

Poniedziałek: 

tosty 456kcal 

mielony, ziemniaki, buraczki, kiszona kapusta 576kcal

razem: 1032 kcal

dzisiaj spacer 4000kroków

Mam wyrzuty sumienia po tych bilansach, chociaż wiem, że nie jest jakoś źle, no ale to nie 500kcal. Nie czuję się tak źle jak ostatnio przy 500kcal, więc mi odbija z lekka. Może też kwestia tego, że organizm się przyzwyczaił. Jestem też jakby szczęśliwsza. Dobrze w sumie, chociaż zauważyłam też większą ochotę na jedzenie, te buraczki były tak atrakcyjne. Nie można, nie można. Zarówno wczoraj jak i dzisiaj jestem bliska do złamania zasad, ale trzyma mnie myśl, że coś stracę. Kontrola i świadomość, że mi wychodzi, zepsuje to i nic nie będzie mi wychodzić, także się trzymam. 

W piątek i sobotę piłam, bo miałam trochę stresującą sytuację. Rezygnowałam z mieszkania i właścicielka trochę słabo się zachowywała, krzyczała do mojego taty przez telefon, no i musiałam się uspokoić, w sobotę się zebrałam stamtąd ze wszystkim i też mi było jakoś tak średnio. 

Staram się teraz już nie narzekać, biorę co jest. Jakoś się ułoży, w końcu wszystko jest po coś, co nie? Trochę jakby się uspokoiłam, zaczęłam doceniać to, że listopad będzie online, gdzie ten miesiąc byłby tragiczny normalnie, no i to, że na święta będę miała więcej czasu na ten cały klimat, na pierniczki i tego typu rzeczy, którzy robią ludzie gdy mają czas. Ja rok temu go nie miałam, cały ten okres był straszny pod względem czasu na cokolwiek. Także chce chociaż spróbować doceniać to co mam. 

Jutro już normalnie zajęcia, dzisiaj jeszcze było wolne. 

Zastanawiam się czy w pewnym sprawach się zbyt nie pośpieszyłam??? 

Trzymajcie się ;* 


"Ja powiem tobie "siema", zanim na do widzenia
Mi pokażesz kilka swoich nowych kłamstw
Nie musisz mnie doceniać, bo niewiele to zmienia
Zawsze mówili przecież, że nie mamy szans
I choć mnie boli serce, to zanim to odkręcę
Minie jakiś pojebany czas"
💗

sobota, 31 października 2020

Wino i whisky

 Bilanse:

Piątek

tosy 456kcal

okoń z ziemniakami i kiszoną kapustą 330kca

2 x wino carlo rossi lampka 263 kcal 

razem 1273 kcal (słabo, źle )

Sobota:

tosty 456 kcal 

kromka chleba domowego ( z płatków owsianych) 73kcal + pasta jajeczna z makrelą 150kcal (?)

2 x drink z whisky i colą 

2 x lampka wina czerwonego 

Czuję się mniej winna gdy pije i jem mniej, niż gdy nie pije i jem więcej. Chciałam zrobi jeszcze jeden kanapkę, ale zasady to zasady i nie było przeproś, teraz jestem głodna, jest mi niedobrze, kręci się w głowie, ale się nie poddam. 

Napisałabym dzisiaj więcej, gdyby nie to, że jestem zmęczona i po alkoholu, napiszę jutro, bo trochę czuję. 

W tej chwili jednak jest mi zimno i ledwo widzę na oczy. 

Dobranoc ;* 


czwartek, 29 października 2020

Wspomnienia, biadolenia, alkohole

Pisze post w przerwie między rozmowami. Chciałam dodać bilans i nie zostawiać dnia bez postu. 

Bilans: 

tosty z keczupem 456kcal

grzaniec (nie wiem ile jeszcze) 


Ten alkohol to też kalorię, więc powiedzmy, że odżywiam się w normie. W głowie kręci się bardziej, ale lubię to. O problemie nie ma mowy. Będę musiała uważać, bo zaczynam czuć zapachy intensywnie. 

Czy dziś będę śnić i jedzeniu? Bo tak czuje. 

Rozmawiam na facetimie, wiecie z kim. To miłe, może za bardzo. Wczułam się, może za bardzo. Boje się, bardzo. Wiem, że teraz igram sobie z ogniem. Czemu taka jestem? Kurwaaaa - i jakbym to słyszała z ust Lipci, gdy coś idzie niby nie tak, a jednak tak jak chcemy. Nie myśl o tym, zapomnij o nich, pozwoliłam sobie na chwile na wspomnienia. Ajć, boli. Zapomnij. 

Będzie dobrze, to nie problem, to chwilowe moje fanaberie, wszystko jest okej. 

Trzymajcie się ;* 

(możliwe, że już było)
💗

środa, 28 października 2020

Umysł w ogniu

Ostatnio czuję się tak pesymistycznie. Na tą chwilę na szczęście lepiej. 

Bilanse: 

Wtorek: 

tosty z keczupem 456kcal 

Środa:

tosty z keczupem 456kcal 

skyr truskawkowy Pilos 83kcal 

2 kieliszki nalewki (po bieganiu)

razem: 539kcal+  

- 255 kcal bieganie 

Jestem w sumie zadowolona z bilansów. Dzisiaj jeszcze to bieganie. Zastanawiałam się czy przy tej pogodzie to dobry pomysł by iść biegać po 20 (wcześniej miałam zajęcia). Tyle było we mnie emocji, takiego smutku, przykrości, że musiałam to zrobić dla siebie. To zadziwiające jak coś takiego może wpłynąć na Nas. Nie zrobiłam tego nawet dla diety, ale dla siebie. 

Zapomniałam jak to jest być sama ze sobą. Ostatnio co wieczór potrzebowałam towarzystwa, a nie chce być męcząca. Muszę sobie przypomnieć jak to jest. Potrafię sobie radzić sama. Może w środku będę umierać, bo to wszystko zawsze zabiera cząstkę mnie i mam wrażenie, że z każdym razem jak tu wchodzę, to wychodzę bardziej obojętna. Mimo to mogę w międzyczasie, a nawet muszę sobie jakoś radzić, bo sama siebie nie poznaje. 

Martwi mnie też jedna rzecz. Jak ktoś mi odpowiada w taki sposób, że odnoszę wrażenie, że mogę się zbliżyć bardziej i nawiązać głębszą relację, to dla mnie to znaczy naprawdę dużo. No tylko, że ludzie tak nie myślą raczej. Ja podchodzę bardzo emocjonalnie, mam wrażenie że inni jednak bardziej zachowują chłodną głowę. No i niby się już zbliżyłam dość bardzo, ale teraz mam ochotę się wycofać, bo się boję. Tak po ludzku. Kiedy widzę, że daje od siebie więcej to zaczynam wątpić, a nie można nikogo zmuszać ani zmieniać, więc łatwiej jest się odsunąć. Może to moje urojenia, więc nic pochopnie nie robię, na razie się przyglądam, analizuję. Pół znajomości to nie dla mnie, jeśli gdzieś się zaangażuję, to nie mogę naglę angażować się mniej, bo komuś się chce albo się nie chce. Staram się być wyrozumiała, no ale siebie też tak nie zmienię bardzo, bo nie byłabym sobą. Z każdym razem ja bardziej się przyzwyczajam, a ktoś zmienia nieco swoje podejście i jakby zależy mniej, niż na początku, wiem że to charakterystyczne dla większości ludzi. Ja to wyczuwam jako niebezpieczeństwo. Nie wiem, popatrzę, najwyżej odsunę się powoli na bardzo koleżeńską stopę jak wcześniej. Jeszcze nie jest tak późno jak może być. 

Zmęczona jestem, dieta daje się we znaki, ale przynajmniej -4kg prawie i widzę zmiany. Czasami nawet lubię się przyjrzeć swojemu ciału. Zdarza się, że lubię samą siebie. No a tak to zmęczona jestem, lekkie zawroty głowy też już są, więc wspomagam się minerałami na ile to tam pomoże. 

Muszę od jutra przyłożyć się do tworzenia pozorów, bo moja mama dzisiaj pytała czy ja sobie nic do jedzenia nie robiłam, także chyba zaczęła coś zauważać, będę brudzić naczynia. 

Czytam co napisałam i już nawet dobrze nie widzę. Cieszy mnie to, wiecie czemu. 

Czasem mam na coś ochotę, coś mi zapachnie, częściej brzydzę się jedzeniem. Jakby było brudne, ałć. Brzydko to napisałam i bardzo płytko. 

W końcu oddycham. Inaczej niż wolny człowiek, ale czuję się czysta w środku. 


Dodaje jeszcze dla porównania bieganie z sierpnia (któryś raz z kolei) i z dziś. 

Nie wiem na ile to do powtórzenia, ale fajnie wiedzieć, że mogę. Nie zatrzymywałam siebie ani czasu. 

Dałam z siebie więcej, a to 1 raz. 

Ta prędkość max. tylko chyba jakaś wymyślona 
Trzymajcie się ;* 
💗

poniedziałek, 26 października 2020

Swój wróg

 Wpadacie czasem w swoje pułapki? Bo ja mam wrażenie, że robię to cały czas. 

Wydaje mi się, że coś się układa, wszystko jest tak jak chciałam, szkoda tylko,że to wszystko zostało stworzone przeze mnie. Także ile w tym prawdy? Chyba niewiele. 

Nie mam siły na emocje. Szczególnie na te nieprawdzie, chociaż na te prawdziwe też jej nie mam. 

Czy ja ja już zawsze będę taką osobą? Czy zawsze będę płakać nocą do piosenek typu "Do kołyski"? Ile czasu jest w stanie pożyć taki człowiek, nie staczając się na dno? Co jeśli mam to zaprogramowane? Może moje życie to tylko chwile i to co najlepsze już za mną, bo tka czuję. Co gdybym teraz zniknęła? Co pomyślałabym osoba, która rozmawiała ze mną ostania, co osoba, która widziała mnie ostatnia, a co osoba, która ostatnia widziałam mnie w złym stanie? Chyba teraz jestem tu by przytulać kota. Kiedy moje życie sie tak zmieniło i czemu ci ludzie je tak zmienili? Czemu muszę lecieć takie piosenki? Dlaczego w moim życiu nie wschodzi już słońce? Gdzie moje szczęście? 

Znowu polegałam na ludziach, znowu czuje się zawiedziona, ale nie z ich winy. Z mojej. Widzę to inaczej, rozumiem inaczej i niestety czuję inaczej niż normalny człowiek. Nie jest mi dane żyć w długim happy endzie. 

Chyba wszystko co dobre to to, co sobie wmówiłam. 

Potrzebuje resetu, potrzebuje wsiąść choćby na rower i znowu spojrzeć na to co mnie zachwyca, pobyć ze sobą, przestać liczyć tak bardzo na ludzi. Korzystać z własnego życia. 

Kiedy lubiłam swoje życie? Kiedy było łatwo? Z moim charakterem to niełatwo by było lekko. 

Bilanse: 

Piątek

jogurt nat. skyr, kawa z mlekiem 116kcal

zupa kapuściana 180kcal

razem: 296kcal 

Sobota

tosty z keczupem 456kcal 

trochę sałatki ze szpinakiem( szpinak, feta, pomidory suszone, musztarda, miód, slonecznik) 

1 drink z whisky i cola

Niedziela

skyr z jagodami 123kcal 

łosoś na parze, ziemniaki, kiszona kapusta 532kcal (dużo, ale po poszłam od razu na spacer, bo nawet było mi niedobrze po tym obiedzie, ale nie chce by ktoś coś zauważył) 

Poniedziałek:

tosty z keczupem 456kcal

grzaniec galicyjski 0,5l 525kcal

Mimo tych kalorii z alkoholu i tak czuję się zmęczona bardzo. Mój stan psychiczny jak widać się pogarsza, to ta jesień. Wytrzymam, ale jest mi ciężko trochę. Chciałam mieć przyjaciół, ech. Jestem sama, mam tylko to miejsce, oby to było pewne. 

Nie mam siły udawać czy to przy stole przy obiedzie, mówię co myślę, choćby to było straszne, czy udawać pośród innych ludzi. 

Dzisiaj kolos z farmy na 5, jestem bardzo zadowolona. Fajnie 

Trzymajcie się 


💗

piątek, 23 października 2020

Rozmowy nocą

Wczoraj nie pisałam, bo umówiłam się z kolegą z grupy na naukę z farmy. Siedzieliśmy do po 5 rano, jak można się domyślić, nie uczyliśmy się tyle. Naukę skończyliśmy przed 24. Później rozmawialiśmy, początkowo trochę musiałam się ograniczać co do tematów, bo moja mama się kręciła po kuchni, a ona to mogłaby i podsłuchiwać jak ją znam. Pózniej zrobiło się poważnie. To taki fajny kontakt, tak jak już Wam wspominałam. On sporo się otworzył i powiedział też rzeczy o których nie wie nikt oprócz mnie, co w sumie mi imponuje w jakiś sposób. Też chciałam się otworzyć, ale potrzebowałam takiego potwierdzenia, że to nie jest coś nieważnego, zwykłego, że nie tylko dla mnie to coś znaczy. Bo ja naprawdę nienawidzę pół-relacji, szczególnie jeśli z kimś mogłabym tworzyć taką relację przyjacielską. Wczoraj w dzień zastanawiałam się jak to jest z tą relacją. Zadawałam sobie pytania, czy mogę do niego pisać od tak, czy to będzie głupio, jak narzucanie? - nie rozumiem dlaczego w przypadku rozmów z dziewczynami nie mam takich wątpliwości; no i czy to zaraz nie upadnie, czy nie zostanę sama, taka opuszczona i znowu będę musiała się z tego pozbierać, ostatnio jak się zbierałam to znowu wylądowałam tu, co dla mnie znaczy, że to nie było łatwe. Także potrzebowałam upewnienia. Ciężko mi też było powiedzieć o co mi chodzi. Żeby powiedzieć, że jestem "wrażliwa" kombinowałam z godzinę chyba, bo nie wiedziałam jak to ująć, a to słowo nie chciało mi przejść, chociaż w końcu musiałam go użyć, no ale dobrze, że to zrobiłam. Na codzień raczej mogę wydawać się inna, często też słyszałam takie różne rzeczy, że ja to jestem taka silna psychicznie i ktoś by chciał taki być. Także gdzieś mi to zostało i trochę taką rolę na codzień pełnie, a jeśli mam z kimś rozmawiać naprawdę, to muszę być prawdziwą sobą. Nie tą twardą, którą może po części jestem, ale tą która pokazuje się rzadziej, ale była ze mną od zawsze. Jeśli się przed kimś otworzę to też jest mi łatwiej z kimś rozmawiać tak po prostu i nie zadawać sobie różnych pytań. Upewnił mnie w tym, jest ot już jakiś taki rodzaj więzi, którą nie można od tak zerwać, bo zabrała by cząstkę siebie samego. No i po takiej rozmowie czułam, że muszę powiedzieć coś o sobie, coś ważnego. Pokazałam mu jedną notkę ze starego bloga z 2015 rok. Było tam o wyrzuceniu jedzenia, był bilans, był jakiś opis emocji. Widziałam, że czytał to tak dokładnie, bez pośpiechu. Nie spodziewał się, nie przypuszczał. Później jeszcze chwile rozmawialiśmy, już nawet nie pamiętam dokładnie co było mówione, bo byłam taka głodna i zmęczona, że ciężko było mi się skupić. Zastanawiam się tylko czy pomyślał, że to przeszłość czy nie. Dwa dni temu wspominałam, że piszę bloga, taki pamiętnik, ale nic więcej nie mówiłam. Mówił to tak jakby bardziej o przeszłości, że ma nadzieję, że teraz jest dobrze itd. No a jak jest? Nie wiem, nie będę się z tym wychylać na pewno, bo takie rzeczy ciężko się znosi, no i podchodzi się teraz już w tym wieku do tego poważnie, poza tym u mnie to jest takie falowe jak dobrze widzimy tu, że nic mi się nie dzieję, to tylko takie okresy, gdzie gorzej się czuję i wtedy dobrze mi tak jedząc mniej, taki mój sposób. 

Powiedział, że jestem autentyczna i jestem osobą, przy której czuję, że może powiedzieć więcej, nie ma takiej bariery i uważa mnie za szczerą i cieszy się, że w końcu spotkał kogoś takiego tu na tych studiach właśnie, dzięki czemu jakby ma jakiś sens w tym, że tu jest. Także bardzo miłe słowa. Słyszałam w sumie nie raz, że łatwo się przy mnie otworzyć, zaufać i też widzę, że faktycznie ludzie często się przy mnie otwierają, ale i tak każde takie wyznanie bardzo chwyta mnie za serce i ma wielkie znaczenie, jakby słyszałam to pierwszy raz.

Bilans wczoraj (czwartek)

tosty z keczupem 456kcal

2 jajka smażone bez tłuszczu + papryka 70g +20g chleba żytniego 235kcal

wino 750ml 525kcal

razrm: 1216kcal

Sporo kalorii, ale i tak czułam się źle, dlatego, że większość była pusta z alkoholu. No ale wczoraj specjalnie chciałam się napić. Byłam też na spacerze z psem i kotem. Pies latał luzem, a kot na smyczy, lekko śmieszny widok, ale nie puściłabym go bo mógł gdzieś polecieć. O dziwo ładnie chodził. Chwile nawet biegliśmy. Chociaż szybko się męczył.  Ogólnie to powiem Wam, że jak chwile biegłam to nadal dobrze mi się biegło, aż poszłabym znowu, może powinnam spróbować. 

Bilans dzisiaj:

skyr naturalny 99kcal

kawa z mlekiem (mama mi tak zrobiła...)  17kcal

360g zupy kapuścianej bez mięsa, gotowanej na mięsie 180kcal

razem: 296kcal

To zapewne nie będzie dzisiaj ostateczny bilans, może zjem jeszcze zupy bo dobrze wychodzi kalorycznie. Może w ogóle się przerzucę na zupy, powiem mamie by gotowała nam teraz zupki. Będziemy miały mniej roboty, obiad będzie. 

Nie mam ochoty jeść, cieszę się z tego, tak bardzo głęboko, bo normalnie w ogóle nie jest mi doś miechu, jakiś taki nastrój ponury. Waga wczoraj 89,9kg, dzisiaj 89,3kg pewnie odwodnienie po alkoholu, chociaż nie wymiotowałam ani nic. Dzisiaj mam w ogóle biegunkę cały dzień, więc może i jutro spaść, no ale to nic po takiej wadzę chwilowej, więc spokojnie czekam. 

Dzisiaj rano obudziłam się w takim stresie. Śniło mi się, chociaż to juz nie był taki sen tylko ja byłam w miarę świadoma, że ten kolega wysłał mi opis receptorów muskarynowych tam od M1 do M5 i przy tym M2 było napisane coś co mnie dotyczyło i tak nie mogłam tego rozgryźć, sama nie wiem co to było, ale tak strasznie mnie to zestresowało, że bardzo się kręciłam, zrobiło mi się tak smutno, źle, czułam taki ucisk w klatce, niepokój, jak napad lękowy, do tego byłam już okropnie głodna, więc było mi niedobrze, no i ogólnie mówiąc źle. Dziwne 

Możliwe, że jeszcze dzisiaj dodam post lub dopisze coś do tego. Teraz czuję się w miarę, tak,że mogłabym pójść biegać, ale też tak, że wiem, że jestem głodna i mam taki ucisk na żołądku, ból w klatce, brzuchu, taki pusty, jakby ktoś mnie uderzył w brzuch. Teraz ogólnie już tak nie potrafię jeść po 100 kalorii czy 300, nawet 500 trudno, nie mówiąc o zero, bo szybko słabo się czuję, bardzo odczuwam ten głód, a kiedyś tak nie miałam.

No dobrze nie przedłużając, trzymajcie się ;* 



Ze mną jest wszystko okej, na pewno. 

💗

środa, 21 października 2020

Są jakieś wyrzeczenia

 Wczoraj pojechałam pozabierać kilka rzeczy, a mój chłopak chciał zajechać na maca w drodze powrotnej, bo on cały dzień pracował i nie miał kiedy zjeść. No i nie powiem, pachniało mi bardzo. Jakoś wytrzymałam, mimo myśli typu: "daj sobie spokój, przecież kiedyś nie wytrzymasz i zjesz, to czemu nie teraz?". Kupił mi też moje ulubione kinder country i tego też udało mi się odmówić, także to są oznaki jakiejś mojej woli. 

Dzisiaj czułam się słabo. Mimo, że nie zjadłam mało. Zdecydowałam się zatem na tosty, po których w sumie nadal było mi słabo. Może spaliłam dzisiaj trochę kalorii bo sprzątałam pokój bara i robiłam spore przemeblowanie to trochę bardzo się zmęczyłam. Może dlatego czułam się trochę słaba. 

Dokończyłam notatki z farmy i teraz muszę je trochę poczytać bo na jutro umówiłam się z kolegą z grupy na wspólną naukę. Bardzo brakuje mi teraz towarzystwa i czuję się jakaś taka samotna. Doskwiera mi to szczególnie pod wieczór. Dzisiaj nie dość, że było mi słabo, to jeszcze tak smutno. Nie wiedziałam w sumie do kogo napisać. Odkąd moja koleżanka ze studiów jest w ciąży i mieszka z chłopakiem to już nie to samo. Do tego kolegi głupio mi tak pisać, czuję się trochę jakbym się narzucała, chociaż pewnie powiedział by, że nie. Zawsze na początku znajomości jest fajnie,później bardzo drastycznie się to zmienia, mam złe doświadczenia. Życie pokazało mi, że ludzie szybko nudzą się drugim człowiekiem i odstawiają ich na bok. Nie każdy jest taki sam wiadomo. Mam taką obawę, że za bardzo się zaangażuję w znajomość i później znowu będę musiała godzić się z tym, że dla kogoś jestem już przeszłością. No i jeszcze druga rzecz. Jeśli dam się poznać taką jaka jestem to już nie będę się wydawała taka nie wiem, dojrzała, mądra, silna psychicznie, rozważna - takie zazwyczaj rzeczy o sobie słyszałam i wiem, że prawda o mnie może zmienić pogląd na mnie. Wracając do tego kolegi to dzisiaj jednak bardzo poprawił mi nastrój. Napisałam do niego pod koniec wykładu online o tak o by o czymś tam pogadać, trochę wspomniałam o tym, że jest o tak o, bez wdawania się w żadne szczegóły. Oczywiście chodziło o to, że brakowało mi kontaktu z człowiekiem, no i kiedy już myślałam, że nasza rozmowa się zakończyła, tak to wyglądało i tak średnio mi z tym było, bo nadal czułam się źle, jakbym nie mogła na nikogo liczyć. Po czym po chwili napisał co tam u mnie ciekawego. To było miłe, później jeszcze chwile gadaliśmy i poprawił mi się nastrój. Próbowałam go namówić na wspólną naukę, bo ja bardzo lubię taką formę + brakuje mi tego by z kimś pogadać. Na początku odmówił, bo powiedział, że u niego się to nie sprawdza. Miałam już nic nie mówić, bo głupio mi było tak proponować na siłe, no ale nie byłabym sobą gdybym tego nie kontynuowała. Przypuszczam, że w końcu za jakimś 3 razem zgodził się bo głupio mu było mi odmawiać. Także doceniam to, ale uważam też, że damy radę się pouczyć. 

Dość użalania już. 

Bilans: 

kromka chleba żytniego z humusem + papryka 206kcal

tosty z keczupem 456kcal

skyr jagodowy 129kcal

jabłko 90kcal

kilka pomidorków koktajlowych 40kcal (na oko)

(niestety) trochę kremu nutlover 170kcal 

razem: 1001kcal

Nie podoba mi się to, że przekroczyłam tysiąc. Już 700 to było dużo, mimo że się słabo czułam. Teraz jestem trochę głodna i zmęczona, ale to nie to jeszcze. Dobrze, że jutro będę miała zajęcie wieczorem bo dzisiaj jedzenie chodziło mi po głowie. Odmówiłam sobie kolejnych tostów, a było już blisko.

Próbowałam dzisiaj wieczorem ćwiczyć, ale nie bardzo. Ten pokój taki mały, dawno też nie ćwiczyłam. Jutro może pójdę na spacer. 

Może dzisiaj uda mi się zasnąć, bo wczoraj było ciężko. 

Kończę na dziś i może jeszcze spojrzę na farmę. Dobranoc ;* 



Chcę już dobrze wyglądać. 
Przynajmniej tak jak ostatnio.
Jutro się w końcu zważę 
💗

wtorek, 20 października 2020

Kotek się znalazł!

 Słuchajcie, siedzę wczoraj rano i maluje się, z przekonaniem, że jadę do mieszkania, bo kotka nie ma, mama mnie wkurza. Nagle słyszę jak idzie mój wujek od bramy i coś tam gada, jakby do jakiegoś zwierzęcia, ale myśle pies w domu, kot? No ale czy mogłoby by ć tak pięknie? Siedzę nasłuchuje, nagle słyszę miał miał, jeju co to była za radosna chwila. Moje serce było tak szczęśliwe, prawie się popłakałam. Leoś wrócił do domu. To znaczy nie sam, bo mój wujek go przyniósł. Powędrował gdzieś jeszcze za miasto, za rynek, niby nie bardzo daleko, no ale kawałek, sam by raczej nie wrócił już. Biedne, głodne dziecko się znalazło. Kamień z serca. Później jeszcze dowiedziałam się, że w sobotę był w jednym sklepie, ciekawe czy biedaczek chciał kupić coś do jedzenia. Dobrze, że już jest w domku, najedzony, odpchlony i odrobaczony. Dzisiaj pospał ze mną do 16 prawie. 

Wczoraj, a właściwie dzisiaj poszłam spać po 5. Rozmawiałam z tym kolegą z grupy, o którym Wam pisałam. Bardzo fajna rozmowa, brakowało mi takich. Na 7.30 musiałam wstać na zajęcia, więc to była drzemka. W trakcie zajęć też odpuściłam i poszłam spać, ta kobieta ma zbyt irytujący głos, by słuchać jej wykładu przed 8. Leon przebudził się, poszedł trochę podokuczać mamie, a później wrócił do mnie i smacznie spaliśmy do po 15. 

Nic konkretnego dzisiaj nie robiłam jeszcze, muszę pojechać do mieszkania po kilka rzeczy, może skończę notatki, które wczoraj dość długo pisałam. Na razie wszystko zdalnie. Wczoraj farma online, spoko sprawa, wszystko sobie zapisałam, było o lekach na MIGRENĘ, to jak to zbiorę to Wam tu napiszę trochę, chociaż macie to wszystko w ulotkach, ale może kogoś będzie interesowało jakieś porównanie, jeśli tak owe uda mi się zrobić. 

Wczoraj już nie dodałam postu, ze względu na to jak długo pisałam na messie. 

Powoli coś tam dietuje, ale to jeszcze nie jest to. Trochę to takie na pół gwizdka, bez wyrzeczeń. W ogóle przeglądałam bloga od kwarantanny trochę i zauważyłam, że wcześniej też nie miałam wielu wyrzeczeń, ale mimo to chudłam. Nie raz pojawiała się jakaś pizza czy fit ciasto. Jak na to spojrzałam to nadal nie byłam z siebie zadowolona, jakbym nie była na diecie. (Ale ja pieprze farmazony) 

Bilans Poniedziałek 

dwa tosty z serem topionym + keczup 470kcal

dwa tosty z serem topionym + keczup 470kcal

skyr jagodowy 129kcal

razem: 1069 kcal

Uuu dużo, jak normalny człowiek. Znowu nie chcę być normalna. To już jakieś zaburzenie. Raz chce się cieszyć życiem, raz chce się umartwiać. 

Bilans Wtorek: 

dwa tosty z serem topionym, szynką + keczup 480 kcal

cukierek nimm2 22kcal

2 łyżeczki kremu orzechowego allnutrition nutlove 260 kcal ?

razem: 762 kcal

Zdecydowanie ten krem i tosty to są rzeczy do wyrzucenia. Bardzo podnoszą mi bilans mimo, że nie jem dużo. No i musze wrócić do dokładnego ważenia. 

Zrobię też może sernik na zimno z malinami, który kiedyś robiłam. To było dobre śniadanie, wysokobiałkowe i nie takie kaloryczne. Potrzebuję tylko jakiegoś ksylitolu. 

Na dzisiaj to by było już tyle, jeśli coś mnie natchnie to napiszę. 

Trzymajcie się i mam nadzieję, że znowu będzie Nas tyle co wcześniej, chociaż może lepiej by było dla Nas jakby Nas tu nie było. ;* 



Dzisiaj sobie tak uroczo spał.
No i dziękuję bardzo za Wasze wsparcie pod ostatnim postem. <3

💗 

niedziela, 18 października 2020

Dieta to tlen

 Codziennie odkładam napisanie postu. W piątek zjadłam jeszcze 600kcal i uczyłam się do późna/robiłam notatki. W sobotę zjadłam pizze i uczyłam się w nocy. Dzisiaj 1593kcal + lampka wina i mały cydr. Coraz gorzej to mówię dodam post by się opamiętać. 

Kroki:

Piątek 9953 7,47km 

Sobota 11 119 8,35km 

Niedziela 3879 2,91km

W piątek przed moim przyjazdem do domu zaginął mi kot. Nie wiem jak się z tym czuję. Raz nie chce o tym myśleć i raczej tracę nadzieję, chce to wszystko od siebie odsunąć, zerwać więź, innym razem przeglądam jego zdjęcia, płacze i zastanawiam się gdzie teraz jest, czy nie jest mu zimno, czy nie jest głodny, czy ktoś go nie przetrzymuje, czy żyje. Ciężko mi z tymi myślami, ale kiedy ktoś mnie o niego pyta to oddalam te emocje od siebie, w obawie, że zapytają jak się z tym czuję. 
Chcę by wrócił. To mały kotek, zaledwie 5 miesięcy. Ostatnio zaczął się wypuszczać z kotami. 
W piątek narobił mojemu tacie do ciapa, co jest dziwne bo wcześniej załatwiał się w kuwetce, odkąd jest z moją mamą to 3 razy zdarzyła się sytuacja, że zrobił gdzieś indziej. Mój tata wytarł mu w to nos i wyrzucił na dwór wieczorem. Jestem na niego wściekła, jeśli ten kot sie nie znajdzie to nigdy mu tego nie zapomnę. Nie wiem jak można być takim prostakiem, ewidentnie nie wie nic o wychowaniu, w końcu mnie i brata nie wychowywał. Nie mogę na niego patrzeć, niech już jedzie do tej Warszawy do pracy, żebym go nie widziała. 
Martwię się, Leoś wracaj. :( 

Nie wiem w ogóle co robić, gdzie siedzieć. Dzisiaj (w niedzielę) rektor wydał komunikat, że wszystkie zajęcia mamy zdalnie, poszły komunikaty oficjalne strony na fb i instagramie, nagrał też film na yt z tym oświadczeniem, link do niego był też na stronie uniwersytetu, po czym jakaś doktor od mikrobiologii pisze pod tymi postami, że to fałszywa informacja i by czekać na oficjalne wiadomości XD to ja się pytam co jest bardziej oficjalne niż to? Nie wiem co ta kobieta. Na katedrze, gdzie we wtorek mieliśmy pisać kolosa też nic nie wiedzą, mieli dać znać i cisza. Jutro mam ćwiczenia na 16 i nie wiem jak będą się odbywać, dobrze że na uczlenie mam z domu ok. godzinę, gorzej jak ludzie mają dalej. Straszny burdel tam mają. Pewnie więcej okaże się jutro. 
Jakby było zdalnie na razie to i tak nie wiem co robić, nie wiem czy chce siedzieć w domu. 
Nie mam nawet dostępu do swojego pokoju, bo mój dom podzielony jest na 2 części i w jednej są rodzice i brat, a w drugiej z oddzielnym wejście mój wujek, który teraz chla i mój pokój. No i tam jest zimno i brudno w chuj, a co jak co, ale łazienka mi potrzebna, reszty mogłabym unikać. Jego też nie znoszę, zatruwa moje życie, menda. No i pomieszkuję w pokoju brata, ale to nie to samo, mimo że przyniosłam tu kilka swoich rzeczy i posprzątałam. Ten pokój jest w ogóle mniejszy, nie czuję się tu jak u siebie, nie czuję klimatu. Chciałabym sie zamknąć u siebie i skupić na diecie, wtedy mogłabym się odciąć od emocji, nie myśleć co mnie boli i dlaczego. Tak jest obok ludzi, którzy ciągle gadają, coś chcą, patrzą co robię, mogą patrzeć co jem. Mogłabym wrócić do mieszkania, gdzie studiuje, tam mam swój spoko pokój, przyzwyczaiłam się, ale chce jeszcze zaczekać na Leona, nadal liczę, że wróci. Codziennie wychodzę go szukać. 
Chciałabym z kimś pogadać, ale tak by nie musieć mówić, tylko bardziej by odpowiadać na pytania, w formie takiego zainteresowania mną. Ech... 
Mój chłopak też mnie irytuje. Nie mam ochoty się z nim widzieć w sumie. 
Potrzebuję teraz tej "mojej" diety jak tlenu, bo zaczynam się dusić własnymi emocjami. Wypuszczam je tu, ale na codzień potrzebuje się na czymś skupić, coś opanować, wiecie jak jest. 

Trzymajcie się 



Znalazłam takie ładne zdjęcie z końca lipca 

💗

piątek, 16 października 2020

Studia są tak...

 Wkurwiające. 

Nie rozstaliśmy się jednak z alkoholem, nie wiem. Chociaż nie piłam za dużo. Wczoraj spotkałam się z grupą u mnie w mieszkaniu i wypiłam wino, ale tak poza tym to zjadłam tylko 2 kawałki pizzy tego dnia, więc przynajmniej tyle. Chciałam zrobi 2 dniową głodówkę, no ale nie wyszło, bo to spotkanie się nasunęło. Nie żałuje w sumie, bo było miło, najdłużej został kolega z grupy, z którym wydaje mi się, że nadajemy na podobnych falach, w sensie, że preferujemy tą samą jakość rozmowy, o rzeczach ważnych, a nie tylko o pierdołach i ucinanie tematu zaraz. No i siedział do 1 prawie, opowiadał, bardzo fajnie się gadało, dobrze by było utrzymać taką relację, no i oczywiście by to się nie rozwinęło w niewiadomo co, jak to bywa czasem. 

Jestem dzisiaj jakaś taka zmęczona i rozkojarzona, nawet jak pisze to tak nieskładnie. Nie zjadłam mało (jak na tą godzinę, nie cały dzień). Na śniadanie skyr owoce leśne, w trakcie zajęć gotowa kanapka z żabki cezar, chciałabym na tym dzisiaj pozostać. 

Ten tydzień mało sie ruszałam, bo do wczoraj siedziałam jeszcze w domu i dopiero wieczorem przyjechałam do mieszkania, do miast, gdzie studiuje, no i tu mam więcej ruchu dopiero, ale przez tą pogodę też nie jakoś bardzo dużo. Napiszę jak to wyglądało. 

Czwartek 8.10 6676 kroków 5,02km

Piątek 9.10 19 237 kroków 14,44km

Sobota 10.10 7614 kr 5,71km

Niedziela 11.10 2871

Ponidziałek 5200

Wtorek 3025

Środa 3693

Czwartek 6598

Piątek/dzisiaj 8062 kroki 6,06km ale jeszcze pewnie coś zrobie 

Suma z poprzedniego tygodnia to :77 65k roki :O

Z tego tygodnia (na razie)26 578 kroków :/ 

Jak jestem na mieszkaniu to jednak robie więcej, ale to też od pogody zależy. Jak byłam w domu to trochę sprzątałam by mieć jakiś ruch. 

Studia są wkurwiające. Mają na nas wyjebane, chodzimy na zajęcia,gdzie siedzimy 3h i ogląday wykłady, po co? nie wiem. Mówią, że będą wysyłać całe prezentacje, a wysyłają jakieś gówno na zaledwie kilka stron, gdzie jeszcze piszą, że mamy cos doczytać, a wcześniej pisali, że prezentacje z wykładów będą takie, że nic nie bd musieli dokładać. W dodatku to nawet nie jest w formie prezentacji. Mówią, że jak ktoś będzie na kwarantannie lub coś nam zmienią to wtedy mamy odrabiać to wrzesień/październik, chore. Dzisiaj zajęcia miałam  profesor, która wczoraj prowadziła zajęcia w grupie, gdzie 10 osób od dziś ma kwarantannę. To co się dzieje nawet nie jest śmieszne. Nie mam siły teraz pisać tyle, bo serio byłybyście w szoku. Jutro może napisze więcej, jak będę się czuła lepiej. Trzymajcie się ;* 

💗

czwartek, 8 października 2020

Koniec z alkoholem

Ostatnio ewidentnie przesadzam z alkoholem. Najpierw umierałam w nocy z piątku na sobotę po whisky w domu, później w poniedziałek wypiłam trochę, choć niedużo i czułam się dobrze, no ale piłam, no i w środę najpierw z koleżanką, później jeszcze ze współlokatorkami, prosecco i wino białe. Dzisiaj miałam zajęcia online na 8 (gdzie musieliśmy włączyć kamerki, na szczęście na chwile), no i stacjonarne na 10, które trwały 6 godzin :). No i najgorsze, zajęcia na 10, a ja 9.30 się zastanawiam czy nie będę rzygać :) no tragedia,tak źle się czułam, dobrze że miałam miętę i nauczyłam jej się pić jak mi coś nie tak na żołądku, bo nigdy wcześniej nie lubiłam jej smaku. Dzisiaj okazała się zbawieniem. No po prostu straszne to było, miałam ochotę symulować koronawirusa by nie iść na zajęcia. Na szczęście jakoś poszło i było wszystko okej, a zajęcia skończyły się w ogóle jakieś 40min wcześniej. 

Dzisiaj wypiłam jedno piwko 3% i tak sobie myślę, że to już straszne, dlaczego muszę ciągle pić? Chyba w mojej głowie gdzieś tam pojawiło się, że tyle nie wychodziłam itd. to teraz jak wróciłam na studia to muszę nadrobić wszystko co się da i wypić litry alkoholu. Patrze na moją cerę i jest w bardzo złym stanie. Przesuszona, wyskakują mi syfki, no jest źle. Trzeba to zdecydowanie oczyścić. Zawieszam picie alkoholu przynajmniej na tydzień od jutrzejszego dnia, czy by to miało być piwko czy lampka wina, zawieszam i koniec. Mogę żyć bez tego, szczególnie biorąc pod uwagę, że ostatnio ciągle pije. Do tego tak odebrało mi rozum, że wczoraj z koleżanką czipsy (chociaż wczoraj to mało jadłam), dzisiaj ze znajomymi popcorn i kilka ciastek, a przecież moim założeniem było nie jeść takich rzeczy, całkowicie o tym zapomniałam, to już prawdziwy brak kontroli. 

No ale dobrze, teraz czas na jakieś pozytywne rzeczy. 

Kroki

Środa (HIT) 20 714 kroków, 15,54km 

Wybrałam się pieszo do ikei, kupiłam przy okazji buty, takie praktyczne botki, ale dzisiaj trochę mnie obtarły. Wieczorem jeszcze na zakupy do biedronki. 

Czwartek 6 360 kroków 4,78km 

Dzisiaj malutko, bo obtarły mnie te buty, więc więcej chodziłam po domu niż gdzieś dalej, no ale nie jest tragicznie bo przy moim samopoczuciu dzisiaj, to myślałam, że nie będzie 5tys. 

Jutro chcę iść po zajęciach do banku, jeśli zdążę. No i później do galerii odebrać sukienkę. Mogłabym odebrać ją wieczorem z chłopakiem samochodem, ale wolałabym zrobić więcej tych kroków. Mam nadzieję, że nogi mi się podgoją. Używam octeniseptu, dam plastry jutro i zobaczymy co będzie. 

Jeżeli zrobię tą trasę to będzie:

Mieszkanie - uczelnia - mieszkanie 1,3km - bank - mieszkanie +2,8km - galeria - mieszkanie 3,4km 

razem: 7,5km + wiadomo na uczelni, po mieszkaniu, po galerii itp. 

Dobrze by było. 

O diecie na razie nie chce mi się gadać, bo nie mam jakichś chęci w sobie. No ale wiem, że takie moje chodzenie sprawy nie załatwi, no zobaczymy co to będzie. 

Trzymajcie się ! 

💗

0

Witajcie,  Trochę mnie tu nie było. Chciałabym napisać, że tyle się u mnie zmieniło, ale jak się nad tym zastanowię to właściwie wszystko je...