środa, 23 grudnia 2020

jednego serca

 Leżę w łóżku z lampką wina, nawet niezłe, Sablettes 2013 rocznik, za słodkie jak dla mnie, ale jednocześnie delikatne i przyjemne. Oglądałam serial, nowy, na netflixie "Bałagan jaki zostawisz", dopiero początek, nie wpłynął jeszcze na moje myślenie. Skończyłam dziś sprzątać, ubrałam choinkę, podoba mi się, teraz patrzę na nią z przyjemnością. Jeszcze łyk wina. Podziwiam drzewko. Zgubiłam się. Nie wiem kim jestem i po co jestem. Mogłabym w tej chwili zniknąć nie zostawiając po sobie nic i tak naprawdę nic na dłużej by się nie zmieniło. Nawet jeśli inni się starają, to w końcu przestaną, ludzie zawsze przestają kiedy potrzebujesz ich najmocniej. Są tylko ludźmi, nie mają dość siły. 

Nie rozumiem siebie. Nie bardzo wiem czego chce. Przerażają mnie moje myśli. Przeraża mnie to: co i o kim myśle. Chciałabym wszystko zostawić, zapomnieć, nie znać smaku tego wszystkiego. Narkotyk, który tak uzależnia i sieje takie spustoszenie w głowie. 

Z dietą do tej pory było dobrze. To już ponad 2 miesiące. Schudłam 11kg, często nie jadłam lub jadłam tylko rano 1 kanapkę. Zdarzało się też zjeść więcej jak były imieniny czy nocny wyjazd do maca. Ostatnio ten mac zdarzał się zbyt często, później senes po kilka saszetek, ostatnio to już chyba 3/4 dni z rzędu, nawet jak nie jadłam, trochę się uzależniłam jakby. Chcę widzieć zmianę. Czułam się nawet lepiej już, naprawdę. Przyjechał brat, jedliśmy wszyscy sushi, powiedział, że jestem jak szafa trzydrzwiowa, nie wiem co myśleć i co robić. Ciężko mi też nie jeść teraz jak cały czas jestem w domu. Nienawidzę siebie za to wszystko. Chciałabym o tym z kimś pogadać, ale nie ma to sensu wiadomo. Nikt nie zrozumie, nikt nie musi wysłuchiwać. To wszystko jest straszne. Motam się. Skoro ostatnio jadłam to to nie jest problem, wystarczyłoby się tylko nie przeczyszczać. No ale nie potrafię odpuścić, nie mogę nawet, nie wyobrażam sobie tego. Chociaż kontroli i tak nie mam skoro zdarza mi się zjeść, potrzebuję odzyskać ją w pełni, na każdej płaszczyźnie. 

Ostatnio miałam sporą awanturę w domu, bo w sobotę spała u mnie koleżanka, no i w niedziele pretensje, że "leżę jak krowa i codziennie chodzę pijana", gdzie no faktycznie w tym miesiącu piłam 4 razy, ale bez przesady, codziennie jeździłam samochodem, także to wszystko oszczerstwa. 3-4 dni w tygodniu na uczelni, dojeżdżając samochodem, w jedną stronę godzinę, kilka godzin zajęć, kanapka na cały dzień do jedzenia lub nic, środki przeczyszczające dla zasady nawet jak nie jadłam, nauka do kolosów, szczególnie farma po nocach, ogromna ilość. Ograniczone prawa, bo nie można już wracać do domu o której się chce, bo przecież jadę w nocy samochodem. Pretensje i zazdrość o nową znajomość. Później nadzieja, że w święta wszystko się poukłada i nagle pijany wujek w domu, czyli bałagan wszędzie, do tego zimno w pokoju. To życie nie jest piękne, ani poukładane. Nie jest nawet moje, dlatego tym bardziej chciałabym je zostawić. 

Mam dość wszystkiego i kiedy mówię o tym komuś, kto miał być moim przyjacielem i mnie rozumieć, to słyszę tylko, że tak jakby czasem tak jest, zero pytań, zero rozmowy, tak jest. Przyjaciel to nie psycholog... wiem to, mi chyba potrzebna jest jakaś pomoc, która potrafiłaby to wszystko zrozumieć, nie mogę wymagać od ludzi by byli dla mnie i trzymali mnie cały czas za rękę, bo wtedy i z ich życia zrobię piekło, nie chce być dla nikogo toksyczna. Z drugiej strony nie mogę udawać, że ktoś jest mi bliski, gdy wiem, że coś trzymam tylko dla siebie celowo, a teraz nie chcę nic więcej mówić. Cofnęłam się z chwilą, gdy wystawiłam się i oberwałam. Nie chce dostać mocniej. Łatwiej byłoby mi czasem jednak samej, bo koniec końców i tak zostaje sama. Coś czuję, że i tu tak będzie. Dlatego tak ciężko mi wpuszczać kogoś do swojego życia, pokazywać jakiś środek, bo wiem, że nikt tego nie wytrzyma po prostu, to jest nienormalne, ja jestem nienormalna. Nie chcę się teraz odsuwać, ale nie chce też tak tkwić jakby wszystko było dobrze. Ech to umrze, w styczniu mam chyba zajęcia na uczelni dwa razy, jeśli nic nie dojdzie, także to umrze. Żal mi bardzo, boli to, ale to się stanie, jak nie teraz to w przyszłości, pewnie nawet niedalekiej. Może ja już nie umiem nawiązywać kontaktów z ludźmi, za wiele wymagam od nich. Za dużo oczekuję, zawodzę się, rozczarowuje, rzucam to, tracę, żałuję, umieram, nie wracam, nie ufam, koniec. 

Nie mam siły na to życie, a najbardziej nie mam siły na te całe święta i życzenia wszystkim w koło wszystkiego dobrego, gdy skręca mnie od środka. Nienawidzę tego śmiechu i uśmiechu przez łzy, gdy moja dusza chce sie zabić, a ciało tkwi w towarzystwie. 

Być może u Was jest lepiej, więc pożyczę Wam zdrowych iw Wesołych Świąt, ale proszę nie życzcie mi "Wesołych", bo wiem, że takie nie będą w środku. 

Żałuję, że byliśmy i będziemy tylko swoim wyobrażeniem o sobie, całkowicie oderwanym od rzeczywistości i reszty świata, który w końcu ściągnie Nas na ziemię. 

3 komentarze:

  1. Wiesz tak sobie myślę, że może za bardzo uzalezniasz swoje zdanie o sobie od zdania innych ludzi. Oni widzą tylko powłokę i znają twoje stare wpadki. Nie wiedzą, na co Cię stać w przyszłości, więc nie możesz przejmować się tym, jak Cię postrzegają tylko musisz robić swoje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Faktycznie jest Ci bardzo potrzebny psycholog. On pomoże Ci zrozumieć siebie - wtedy okaże się że wcale nie jesteś nienormalna, ze mną tak było. Warto popracować nad sobą ze specjalistą, z całego serca polecam Ci szukać dobrego psychologa. Naprawdę.
    I pamiętaj - ludzie mówią dużo ale Twoje samopoczucie zależy tylko od Ciebie. Ty decydujesz co będziesz czuć i kogo słuchać. Psycholog pomoże Ci zbudować pewność siebie - wtedy nikt Ci nie podskoczy bo zrozumiesz że Ty masz wpływ na swoje myśli, nikt inny. Ludzie zawsze będą pieprzyć więc trzeba nauczyć się jak na to reagować. Trzymaj się. Wierzę w Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj.
    Znam ten stan, w którym uśmiechasz się przez łzy do ludzi. Udajesz, że tam pasujesz, choć masz ochotę uciec jak najdalej. Żyjesz bez życia. Starasz się zadowolić innych, choć wtedy niszczysz siebie, a inni i tak Cię nie doceniają.
    Czuję się tak czesto. Za często.
    Ale powiem Ci jedno.
    Dla mnie jedynym wyjściem z tej sytuacjj, jest to, by jak najwięcej robić po swojemu. Żyć dla siebie.
    Uczę się tego każdego dnia.
    Lecz wiem jedno.
    Mogę zmienić SIEBIE i swoje życie.
    Tak jak TY masz wpływ na SIEBIE i swoje życie. Możesz ułożyć swoją historię, jak chcesz. To TY ją piszesz.
    Życzę Ci, aby Twoje życie należało tylko do Ciebie.
    Pozdrawiam
    https://podroz-w-nieznane-jutro.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję <3

0

Witajcie,  Trochę mnie tu nie było. Chciałabym napisać, że tyle się u mnie zmieniło, ale jak się nad tym zastanowię to właściwie wszystko je...